Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli

wyzwanie rosyjskie

niedziela, 13 lutego 2011

Niezmierzone, głębokie jaskinie, przyprawiające o klaustrofobiczne duszności, wilgoć, mrok i ogromne, inteligentne szczury. Po globalnej i wyniszczającej wojnie, której geneza ginie w pomrokach dziejów, ocalała ludzkość schodzi pod ziemię i próbuje za wszelką cenę przeżyć. Jaskinie stają się domem, wielkim podziemnym miastem, z pokolenia na pokolenie zatraca się pamięć o życiu na powierzchni, gdzie pozostały zgliszcza i wysokie promieniowanie. Niczym nie nauczona ludzkość powiela schemat totalitarnych rządów. Podział społeczeństwa na "czystych" i 'brudnych", bezwzględna Rada Dyrektorów rządząca podziemną społecznością, tajna policja - zbrojne ramię władzy - wychwytująca i okrutnie dławiąca wszelkie próby burzenia ustalonego porządku.

Głównym bohaterem jest rurarz Kroni. Z racji wykonywanego zawodu należy do najniższej kasty wśród "brudnych". Codziennie, w pojedynkę, z własnym zestawem narzędzi sprawdza stan sieci rur ciągnących się pod miastem. Rurarzami można gardzić i nie pozwalać im korzystać ze wspólnego basenu, ale bez nich cały świat dawno by już zginął.*1 Kroni przepycha zamulone przewody, wykrywa przecieki, łata rury, melduje o awariach.

Świat, w którym żył, został w niepamiętnych czasach rozumnie i surowo urządzony przez Boga Reda, który wyłonił się z czerwonego mroku, aby nauczyć ludzi, jak ubierać się i oświetlać sobie drogę. Bóg przekazał swój czarodziejski kaganek czystym i oni to w swej szlachetności podzielili się światłem ze swymi młodszymi braćmi. Karmili i odziewali brudnych, dawali im pracę i karali surowo, lecz sprawiedliwie, po ojcowsku. Bóg Red nauczył czystych posługiwania się pieniędzmi , a oni podzielili się tymi pieniędzmi z brudnymi braćmi. Tak był urządzony świat, taki był zawsze i taki będzie dopóty, dopóki Ognista Otchłań nie zamknie swych dzieci w przepastnym łonie.*2

Kroni, chociaż codziennie walczy z brudem wżerającym się w skórę, wilgocią i strachem przed tajemniczymi zjawami, marzy. Śni o mitycznym Mieście na Górze, gdzie sklepienie było wysokie i niebieskiej barwy. W społeczeństwie, w którym żyje, wśród kanalarzy, praczek, szczurołapów tkwi wiara, że może istnieć inne życie, na powierzchni, i istnieja sposoby aby można było odzyskać ten utracony raj. Kroni wierzy w ten obraz tak mocno, że postanawia odnaleźć zaginioną Bibliotekę i udowodnić, że Miasto na Górze nie jest tylko mglistą legendą.

Tymczasem na powierzchni zaszły nieoczekiwane zmiany...

Czy pisałam już, że jestem zauroczona pisarstwem Bułyczowa? Jeśli nie, to piszę i podkreślam wielokrotnie:). Ciepło, które płynie z kart jego książek jest niesamowite, zachwycają cudowne wizje i niebanalne pomysły, refleksyjność i powaga oraz , jak w tej powieści duża dawka ukrytego przesłania.

I śmiertelnie poważne zakończenie.

Z twórczością Bułyczowa dopiero się zapoznaję i urzeka mnie z każdą kolejną pozycją. Można doszukiwać sie politycznych przesłanek, pewnej społecznej agitacji ale ja skupiam się na ludziach, ich emocjach, ich ścieżkach wyborów i ich konsekwencjach. A "Miasto na górze" poleciła mi ysabellmoebius, za co bardzo dziękuję.

*1-2 tamże str 12


czwartek, 18 listopada 2010

Poszłam na wojnę taka mała, że przez ten czas trochę urosłam.*1

Książka, która wstrząsa, chwyta za gardło i nie puszcza do ostatniej strony, pełna pasji, okrucieństwa, tragedii, obowiązku i oddania. Oddania bezgranicznego, wręcz bezmyślnego, ślepego, wyuczonego jak odruch Pawłowa - oddania ojczyźnie. Autorka, często porównywana do Oriany Fallaci, opisała w formie zbioru reportaży wojnę. Wojnę widzianą oczyma kobiet, rosyjskich, białoruskich, ukraińskich. Mężatek, matek, panienek z kokardami we włosach. Sanitariuszek, lotniczek, zwiadowczyń, czołgistek, snajperek, kobiet walczących na pierwszej linii i pracujących na tyłach, w zaopatrzeniu. O bolesnych rozstaniach, barbarzyńskich warunkach polowych, braku higieny, brudnej bieliźnie i wszach, wojennych miłościach, śmierci i oceanach krwi, śpiewie i ozdabianiu bagnetów kwiatami. Książka długo czekała na ujrzenie światła dziennego, leżąc na redakcyjnej półce. Autorka walczyła z cenzurą, oskarżana była o prymitywny naturalizm, brud wojny a przede wszystkim dyskredytację i podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej.

Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. (...) W optyce jest pojęcie "światłosilny" - zdolność obiektywu do lepszego czy gorszego utrwalenia uchwyconego obrazu. Kobieca pamięć o wojnie jest zatem najbardziej "światłosilna", jeśli chodzi o natężenie uczuć, o ból. "Kobieca" wojna jest straszniejsza niż "męska". Mężczyźni chowają się za historią, za faktami, wojna pociąga ich jako działanie i konflikt idei, interesów a kobiety wychodzą od uczucia. Umieją widzieć to, co dla mężczyzn jest zakryte. To inny świat. (...) A sednem zawsze jest to, ze tak ciężko umierać i tak nie chce się umierać. A jeszcze ciężej - zabijać, i tego jeszcze bardziej się nie chce, bo kobieta daje życie. Przynosi w darze. Długo nosi w sobie, donasza. Zrozumiałam, że kobietom trudniej przychodzi zabijanie...*2

Wspomnienia zwykłych kobiet. Tych, które przeżyły. "Wymierające plemienie". Zebrane razem, skondensowane, straszne bo prawdziwe. Pokolenie, które wierzyło, że istnieje coś więcej niż życie ludzkie. Że istnieje idea, ojczyzna i Stalin. Od dzieciństwa wpajano im, że ojczyzna to wszystko, że ojczyzny trzeba bronić. Za cenę życia. Wiele kobiet, młodych dziewczyn ledwo poznających własną kobiecość bez namysłu poszło walczyc i umierać za ojczyznę. Za pomordowanych z rodzin, za dzieci, dla Stalina. Obcięto im warkocze, wydano męskie mundury i za duże buty, dano do ręki broń, często za ciężką, za dużą i uczono jak zabijać.

Pierwsza bitwa i cudowne, idealistyczne obrazy o pogromie wroga ku chwale pryskały jak bańka mydlana. Z bólem i cierpieniem, hukiem dział, koszącym ostrzałem, chrzęstem łamanych kości i krwistoczerwoną krwią. Obrazy umierających kolegów, zabitych koleżanek, własne bohaterstwo i bezmyślność dowództwa. I rozkaz numer 227 - " Ani kroku w tył". Bo z tyłu, za nimi szły oddziały zaporowe. I strzelali do swoich. Płacz i bezsilność. Powolne tracenie kobiecości, brak menstruacji, siwe włosy, niedożywienie. I paniczny strach. I to zdziwienie na twarzach niemieckich jenców - kobiety? Przecież według radzieckiej propagandy w Armii Czerwonej nie walczyły kobiety, tylko hermafrodyci.

Powrót do domu po wygranej wojnie równie bolesny. Zwycięstwo przecież ma dwie twarze. Ta piękną, ze śpiewem, łopoczącymi flagami, szaloną radością, brzękiem medali. I tą drugą, okrutną, straszną, której nie sposób spojrzeć w oczy. Kobiety wracały, zranione, przedwcześnie dojrzałe, o chorej, starej poranionej duszy. Nikt nie potrafił zrozumieć ich świata, rodziny często odżegnywały się od własnych córek - masz jeszcze dwie młodsze siostry, dorastają. Kto je weźmie? Wszyscy wiedzą, że byłaś cztery lata na wojnie, z mężczynami...*3 . Zranione uczucia, przerwane romanse  i osobiste dramaty bo przecież bo tym wojennym brudzie, rozdeptanych buciorach i waciakach mężczyźni pragnęli czegoś pięknego. Ładnych, zmysłowych kobiet. Nagle wszystkie zasługi, ordery  i listy pochwalne nie warte były funta kłaków, siłą zamykano usta, zakazywano opowieści frontowych, odkrywania prawdy. Stopniowe przyzwyczajanie się na powrót do sukienek, obcasów, mazideł. Szukanie pracy. Koszmarne sny i nocne krzyki.  Towarzystwo frontowych weteranek. I ta bezbronność. Zafałszowany, polakierowany obraz wojennej rzeczywistości bijący z każdego podręcznika, pomnika i gazety bolał najbardziej.

Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. „Kobieca” wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…*4

Dawno tak mocno nie przeżywałam treści, jak czytając tą książkę. Straszna, okrutna, pozbawiona strerylności, prawdziwa do bólu. Organiczna. Długo ją czytałam, dawkowałam stopniowo, bo ogrom wojny jest niewyobrażalny. Według autorki, nie ma końca. Cały czas dostaje listy, zaproszenia, dzwonią telefony. Każda kropka kończąca zdanie zmienia sie w wielokropek

Modlić się tylko, by historia nie zatoczyła koła.

Obowiązkowo.

Co po nas pozostanie? Spytajcie nas, póki żyjemy. Nie wymyślajcie nas po śmierci. Spytajcie...*5

*1 tamże, str. 11

*2 tamże, str. 16

*3  tamże, str.  32

*4 tamże, str. 10

*5 tamże, str. 35

wtorek, 16 listopada 2010

Ta mikropowieść zawiera w sobie tak potężny ładunek emocji, mistrzowskiej ironii, totalnego absurdu i bezgranicznej ludzkiej głupoty, że nie sposób się od niej oderwać. I nie jest to wbrew pozorom lekkostrawna pozycja. Chociaż pozostanie lekko w cieniu "Mistrza i Małgorzaty" - brak choćby cienia kota;), pozostaje na długo w pamięci. Spędziła sen nie jednemu krytykowi, wystarczy przytoczyć kilka z wypowiedzi: " jest to pamflet, historia o tym, w jaki sposób dobry pomysł może spowodować rzeczy okropne, jeśli do jego realizacji zabierze się człowiek odważny, ale ciemny i bez wyobraźni" czy ""Fatalne jaja" to koniec drogi twórczej Bułhakowa". Albo pozwoli się na wciągnięcie bez reszty w ten zwariowany świat radzieckiej rzeczywistości albo znienawidzi, porwie książkę i spali.

Rosja po rewolucji. Świat będący karykaturą samego siebie, groźnym, męczącym i bezdusznym potworem, gdzie nawet karaluchy gdzieś przepadły, manifestując w ten sposób swój wrogi stosunek do komunizmu wojennego.*1 Głównym bohaterem jest profesor, Włodzimierz Hippatiewicz Persikow, piędziesięcioośmioletni dyrektor Moskiewskiego Instytutu Zoologii, pewny siebie i swoich zdolności, fenomenalny eurydyta , wybitny znawca zwierząt, w szczególności płazów, które ubóstwiał tak dalece, że ucieczkę własnej żony z tenorem opery zauważył długo po czasie. Życiowo upośledzony i pozbawiony drobinki fantazji. Zapalczywy, wyglądzie typowego naukowca, bezgranicznie oddany własnej pracy i eksperymentom, bez względu na koszty.

I jak to w naturze bywa, przez przypadek wynajduje rodzaj skondensowanego promienia świetlnego o czerwonej barwie. Tenże promień zdolny jest przyspieszyć rozwój zwierząt i obudzić w nich wzmożoną chęć do prokreacji. Ten wspaniały cud optyczny, o którym w błyskawicznym tempie dowiadują sie wszyscy, z najwyższą władzą łącznie, testowany w warunkach laboratoryjnych i tylko na ukochanych żabach, obudzi nadzieje wobec zarazy, która dziesiątkuje radziecki drób. Ma być cudownym lekiem, boskim remedium, po który wyciągają łapy żądni szybkich a skutecznych efektów partyjni towarzysze. Pośpiech jest zawsze złym doradcą a na skutek pomyłki zostają naświetlone jaja tropikalnych gadów z anakondą zieloną na czele.

Mocny tekst, momentami przyciężki i trudny w odbiorze, pełen zabawnych gier słownych, satyrycznych komentarzy i wyrazistych, by nie napisać oczywistych, aluzji do ówczesnej radzieckiej władzy i realiów radzieckiej rzeczywistości. A wątek przedstawiający mechanizmy działania propagandowej prasy to istny majstersztyk.

Warto o nią zahaczyć.

*1 tamże, str. 6


czwartek, 21 października 2010

Niewielkich rozmiarów książeczka, dwa opowiadania, koszmarna okładka, drobny, jakby maszynowy druczek wołający o pomstę do nieba, dziwny papier a sprawiła mi bardzo dużo radości. Kto ma ochotę na starą, nieco anachroniczną a bardzo ciepłą i sympatyczną wyprawę w świat science-fiction, będzie zauroczony tą pozycją. Mimo jej politycznej, radzieckiej poprawności.:)

Mnie zaintrygował tytuł drugiego opowiadania, samo jego brzmienie:). Jego bohaterem jest młody pilot z wykształceniem medycznym, Sława Pawłow, który na czas urlopu postanowił trochę dorobić. Niefortunne zbiegi okoliczności, opóźnienia w przylotach statków kosmicznych, awarie, kosmiczne katastrofy zamieniają jego wolny czas w oszalały koszmar. Większą jego część spędza czekając tygodniami na promy na jakiś zapyziałych planetach w małych barach sącząc lenomiadę. I w takim maleńkim porcie przyjmuje propozycję gwiezdnego cwaniaczka zabrania kilku kontenerów z zaopatrzeniem na planetę Projekt-18. Nie bez znaczenia miała tu maleńka paczka z imieniem i nazwiskiem kobiety, która przez przypadek wypadła z torby z listami. Kobiety, którą rozpaczliwie próbuje odnaleźć. Pawłow przybywa na planetę, na której zbudowano stację naukową, zaludnioną przez biologów i geologów oraz dziwne, nieznane mu humanoinalne istoty. Stworzenia współpracują z naukowcami, badają wnętrza licznych wulkanów, sondują morkie głębiny, obserwują z powietrza zmiany powierzchni planety.

Ta planeta nie jest gorsza od wielu innych. Warunki tu nie są wprawdzie ekstremalne ale wystarczająco trudne, w sam raz na poligon. Atmosfera rozrzedzona, temperatura opada nocą do minus stu dwudziestu stopni, większa część powierzchni pokryta praoceanem. Wszystko jest jeszcze młode, nieustabilizowane. Dzięki temu możemy wypróbowywać nowe metody, poszukiwać uniwersalnych form. Możemy tez trenowac bioformantów, którym przyjdzie pracowac w prawdziwie trudnych warunkach. Słowem jesteśmy z tej naszej kałuży bardzo zadowoleni.*1

Bioformanci to właśnie te dziwne istoty, które okazują sie ludźmi zmodyfikowanymi genetycznie, zaopatrzonymi w skrzela, macki, skorupy czy w całości przekształconymi w ptaki na potrzeby pracy w nieludzkich warunkach. Szukając Mariny, Pawłow wsiąka powoli w ten zamknięty naukowy światek, oswaja się z niezwykłymi stworzeniami, pomaga, niszczy, ratuje, próbuje uciec, zażegnuje niebezpieczeństwo cały czas szukając swojej miłości. A dziewczyna, co okazuje się z czasem, unika go celowo.

"Dzikusy" to coś z zupełnie innej beczki. I bardzo się wściekłam, ponieważ, czego dowiedziałam się później, stanowią część większej powieści zatutyłowanej "Osada" a sama wymowa okazuje się być zupełnie inna. Szlag mnie trafił. A opowiadanie piękne w swej prostocie, bardzo interesująca obserwacja wyizolowanej grupy, która przeżyła wielką katastrofe i próbuje przeżyć w kompletnie obcym i bardzo niebezpiecznym środowisku. Starszyzna próbuje krzewić wiedzę, kultywować tradycje i obyczaje aby nie zapomnieć świata sprzed katastrofy, aby kulturowe i duchowe dziedzictwo nie poszło w zapomnienie. Młodzi zaś pragną za wszelką cene przeżyć na wrogiej ziemi, zahartować się, uodpornić, nie mają czasu ani ochoty chłonąć bezużyteczną w ich mnienaniu wiedzę. Według starszyzny to beznadziejny regres, dla młodych jedyne możliwe wyjście. Czy cofną się do stadium tytułowych "dzikusów"?

Polecam, życzliwa, by nie napisać poczciwa, optymistyczna i bardzo ciepła pozycja. W sam raz na zimne wieczory.

*1 tamże, str 160


środa, 15 września 2010

A prawdziwa współczesna matrioszka to od góry ruska wesoła baba z nieco skrzywionym uśmiechem, a z dołu - puszka Pandora - same nieszczęścia. Im dłużej się jej przyglądam, tym smutniejszą ją widzę, i bardziej cierpiącą, ale przecież zawsze z uśmiechem, bo to jest ruska, wesoła, choć nieszczęsna matrioszka. Taka Matrioszka - Pandrioszka ...*1

Dziwny obraz współczesnej Rosji wyłania się z kart tej książki. Autorka, korespondentka i dziennikarka "niezależna" od lat mieszka w Moskwie, jej reportaże poświęcone Rosji, zarówno tej radzieckiej jak i dzisiejszej, rządzonej przez "Wielkiego Hipnotyzera" - Putina zdobyły wiele nagród. Za swoje sprawozdania na temat okrucieństw wojny w Czeczenii została przez Echo Wojny, Amnesty International i Fundację Helsińską zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla. A prywatnie jest bardzo miłą i ciepłą osobą.

"Pandrioszka" to specyficzny zapis spostrzeżeń na temat przemian społecznych, obyczajowych i politycznych, jakie zaszły w państwie rosyjskim w dziewięćdziesiątych latach. Autorka nie skupia się jednak tylko na polityce. Właściwie polityki tam mało, ot, zwykłe, codzienne życie obywateli Rosji. Ale nie da się jej obejść, polityka mocno wrosła w prywatność, smutna to prawda. Bo Rosja i jej obywatele to naród i kraj jedyny w swoim rodzaju. Zajmuje dwa kontynenty, ma sięgającą daleko w przeszłość przebogatą historię, charakterystyczny i barwny folklor, który z premedytacją i z okrucieństwem stłamszono. Kraj, który najlepiej charakteryzuje zdanie Stosunek do Boga - swojski, pogański. Stosunek do władzy - boski. Niebotyczne przywileje władzy, media i prasa uprawiają rutynowe niewolnictwo a zwykły, szary obywatel biernie się przygląda i przez myśl mu nawet nie przejdzie zaprotestować. Bo naród, który od wieków żyje pod jednowładztwem, czy to carskim czy partyjnym, z całym ichszym aparatem represji, nie wie, ze może być inaczej.

Autorka mieszka i żyje w zwykłej, moskiewskiej, szarej kamienicy o szczątkach dawnej świetności, z cuchnącą brudną klatką schodową, z zanikajacym prądem. Stąd opowieści o zwykłych mieszkańcach też takie smutne, szare, wieczniekolejkowe. W Rosji brak klasy średniej, są albo bardzo bogaci, dla których po otwarciu granic wyrosły jak grzyby po deszczu ekskluzywne butiki, restauracje, salony samochodowe. Tam łatwiej naprawić wysokiej klasy mercedesa niz rodzimego moskwicza. Rządzi bratwa - slangowe okreslenie mafii. Grubość portfela załatwi wszystko - miejsce w szpitalu, paszport, bilet lotniczy czy uciszy potrącenie pieszego na pasach. Z drugiej strony skrajna bieda. By przetrwać zwykły, szary obywatel kombinuje, oszukuje, kradnie - skoro wszyscy kradną -władza, sąsiedzi - czy to jeszcze jest naganne? Rosjanie to naród bardzo specyficzny.

A jednocześnie społeczeństwo niesamowicie wykształcone, często bywające w teatrach, znające na wyrywki klasykę literatury, naród szczery do bólu, szalenie gościnny. I posiadający specyficzną cechę. Taka mała wstawka - moja siostra będąc na truskawkach w Anglii opowiadała o tej charakterystyczniej właściwości Rosjan. Najpóźniej kładli się spać, śpiewu i wódki co niemiara a  pierwsi na polu o poranku, z zapałem i werwą oraz ze śpiewem na ustach pracujący. Niespotykane gdzie indziej.

Nowa Moskwa o powierzchni prawie tysiąca km2 to przepiękny, odnawiany na potęgę i w pośpiechu cepeliany kolos, gdzie kapiące od złota cerkwie stoją prawie w każdej dzielnicy, najwspanialsze metro na świecie, pełne zieleni i jakby swojskie miasto stanowiace pigułkę rosyjskości a budzące lęk. Bo jak na nowo zaszczepić w narodzie prawosławie tak okrutnie tępione wczesniej z całym skomplikowanym obrządniem, kiedy nadal czuje sie oddech szpicli na plecach?

Sytuacja mężczyzn i kobiet w Rosji jest bardzo dziwna, żeby nie napisać straszna. Nadal pokutuje mit bohaterskiego mężczyzny oddajacego życie za ojczyznę. Kobiety Rosji to prawie "mężczyźni", wykonują męskie zawody - lepiej płatne, zapewniają byt rodzinie, potrafią prawie wszystko załawić stojąc cale dnie w kolejkach, biorą na barki trudy codzienności, prawie samowystarczalne. Tylko nocami marzą po cichu o mężczyźnie, który zrozumie ich kobiecą duszę. Mężczyzna nie potrafii udźwignąć odpowiedzialności w życiu prywatnym, którą narzuciło mu państwo w cywilu. Bo przecież od wieków mężczyzna przeznaczony był do celów wyższych - nieustajace wojny, "mit bohatera". Cierpią wszyscy, dzieci, kobiety gardzą mężczynami, mężczyźni nie szanują kobiet. Czy można się dziwić, że jedyny rodzaj żeński, z którym można sie dogadać to butelka?*2

Nadal króluje przemoc ale tak po cichu, mniej oficjalnie. Autorka sama przytacza relacje z więzień, fragmenty listów uwięzionych do rodzin z prośbą o danie łapówki komu trzeba aby przestali torturować. Przemoc, tak jak bierność tak mocno przylgnęły do rosyjskiego narodu, że nie sposób ich wykorzenić.

A Czeczenia? Autorka pojechała tam jak przestały spadać bomby. Mimo wielu relacji, prasowych i telewizyjnych, setkach reportaży nadal traktowana niszowo. Ten temat jest bardzo bliski pani Krystynie, poświęciła jej obszerną część książki i nie jest w stanie pogodzić się z ludobójstwem i kompletną "głuchością" świata.

Książka pisana w bardzo przystępny, gawędziarski sposób. Mnogość przykładów, tych negatywnych wywołuje antyrosyjski wydźwięk, pełno różnistej maści anegdot i ciekawostek, choćby z obrządkiem prawosławnym śmierci. Autorka stara się zmierzyć ze schematami na temat Rosjan, jakie w nas pokutują. Alkohol, okrucieństwo, korupcja, brud, psychiczny prymitywizm, swołocz.

Ciekawa pozycja ale zabrakło mi jakiegoś światełka, jakieś słowiańskiej fantazji,  przecież Rosja to nie tylko "ciemna strona Europy", to kraina pełna cudów, prawie magiczna a nie tylko mnóstwo taniej cepelii i wódki "Kristal" ze śledzikiem. Ale warto, naprawdę warto zapoznać się z tym jedynym w swoim rodzaju narodem.

Chociaż jak bym się nie starała duszu moju ty wsio taki i nie poniał.

*1 tamże, str 42

*2 tamże, str 95

niedziela, 29 sierpnia 2010

Książka wpadła w moje ręce całkiem przypadkowo, a ponieważ autorka to rodowita Rosjanka, na dodatek bardzo młoda studiująca prawo fanatyczka literatury, jak sama o sobie mówi, postanowiłam zacząć wyzwanie od czegoś bardzo lekkiego, bardzo rozrywkowego i absolutnie niepoważnego. No może, troszeczkę. I dostałam całkiem sporą dawkę soczystej, barwnej fantastyki, okraszonej dużą dawką sarkazmu i całkiem inteligentnego humoru.

Świat potrzebuje bohatera. Znowu. Ktoś lub coś, jakieś niezidentyfikowane zło zagraża odwiecznemu porządkowi i harmonii, dlatego wszystkie rasy wysyłają swoich najlepszych przedstawicieli  na ratunkową misję. Sama druzyna stanowi niezły przekładaniec. Pogromca smoków, naturalnie człowiek i koniecznie opancerzony, tolerancyjnie nastawiony do wszystkiego demon górski zwany Kotem, demonissa, czewonowłosa przedstawicielka leśnych demonów, piękna dwupostaciowa, potężny ogr ze stepów, leciwy krasnolud i dwóch elfich braci. A przypadkowo dołączony do drużyny tajemniczy nekromanta Raywen, nawet nie ukrywa, że to od niego zależą losy świata i życie pozostałej ósemki, budząc przy okazji ogromną złość i niejawne formy agresji. Z czasem okazuje się, że ten chudy, czarnowłosy i wyjątkowo bezczelny młodzian o wiecznie zmieniającym się kolorze oczu i twarzy upadłego anioła nie jest taki straszny i naprawdę bardzo potrzebny. Drzemie w nim tyle dobra i bezinteresowności, co we wszystkich Jasnych razem wziętych a cała drużyna stanie za nim murem nawet wbrew sobie.

Ubawiłam się strasznie. Przedwieczne zło, przewieczne dobro, konflikty stare jak świat, przebogata galeria wszelkiej maści ras ze smokami i jednorożcami na czele. Szalenie udana zabawa trochę skostniałym gatunkiem, pastisz znanych literackich wzorów, polany swoiskim humorem.

Z drugiej strony strasznie razi sama fabuła, właściwie jej wtórność. Bardzo łatwo można się domyślić o co tutaj tak naprawdę chodzi. Schematyczność to główna wada. Bo czyż od nienawiści do miłości jeden krok? Czyż najzacieklejszy wróg nie okaże się najlepszym przyjacielem? Czyż herosi są prawie nieśmiertelni? Skróciłabym tą powieść o dobre kilkadziesiąt stron. Zakończenie też wtórne i takie trochę mdłe ale uśmiech nie schodził mi z twarzy. Bo żarty i ironia największy plus, często ukryte gdzieś w dialogach i dwutorowej narracji.

Jak na debiut i to takiej młodej osóbki - Karina Pjankowa to '89 rocznik, książka wydana w Rosji w 2008 - bardzo udany.

czwartek, 05 sierpnia 2010

Piękne wyzwanie, naprawdę. Rosja to niesamowity świat a tak mało znany, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Jak na debiut w wyzwaniach temat bardzo mnie zaintrygował. Literaturę rosyjskąznam przede wszystkich od strony klasyki - Dostojewski, Czechow, Puszkin, z poezji - Jesienin, Achmatowa, Mandelsztam. Później Szołochow, Sołżenicyn, Bułhakow, Nabokov, bracia Strugaccy. Nie licząc literatury tzw. ówcześnie radzieckiej, zaliczonej na lekcjach języka rosyjskiego czy z propagandowych gazet typu "Kraj Rad". A ostatnio Anya Ulinich, której debiut książkowy, "Petropolis", gorąco polecam.

Nie robię planów, bo z autopsji znam, że rzadko wychodzą tak jak powinny. Zobaczymy co wpadnie mi w łapki. Na pewno klasyka, coś z kryminałów - Marinina, Akunin, może fantastyka.

Zatem, ku nowym wyzwaniom!

Szczegóły u autorki