Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli

odhaczone

czwartek, 14 czerwca 2012

Ciężko pisać o tej książce. Naprawdę.

Sięgnęłam po nią z czystej ciekawości co takiego zawiera w sobie, jaką treść, jakie przesłanie, że rok w rok stanowi ewenement w ilości sprzedawanych egzemplarzy u nas, szczególnie w okresie przedświątecznym. Wolna byłam od jakichkolwiek opinii o niej, jakichkolwiek sądów, podpuszczana tylko perfidnie przez rodziców, którzy w przerwach między meczami również ją czytali ale nie rozmawiali na jej temat. Do czasu oczywiście.

Przeczytałam. Trudno wyrazić to co czułam. Na płaszczyźnie emocjonalnej przeżyłam prawie pełny wachlarz uczuć, bardzo intensywnych. Od zachwytu, poprzez zniechęcenie, nudę i rozczarowanie łącznie z niecenzuralnymi wyrazami aż po "wyłączenie" wszystkiego i z raczej  z poczucia obowiązku dobrnięcie do końca. Momentami dziecięco prosta, infantylna wręcz i powierzchowna. Uprzedzam jednak - to nie jest zła książka. Absolutnie. Momentami urzeka, chwyta za serce, potrafi potrzeć głębiej do wnętrza niż by się chciało. I pozwoliło. Ale po kolei.

Mackenzie Allen Phillips, dla przyjaciół Mack, to niczym specjalnym się nie wyróżniający niepozorny, lekko łysiejący mężczyzna po pięćdziesiątce. Ma lekką nadwagę, sprzedaje jakieś bliżej niezidentyfikowane nowoczesne gadżety, ma kochająca żonę i pięcioro dzieci. Nan, "zaprawa" rodziny, jak nazywa swoją żonę Mack, spełnia się jako  pielęgniarka opiekująca się terminalnymi pacjentami onkologicznymi. Dwoje dzieci opuściło już dom rodzinny, dwójka chodzi do szkoły średniej a najmłodsza, Missy, jest maskotką rodziny. Mackowi, pomimo traumatycznego dzieciństwa, udało się stworzyć szczęśliwą, kochającą rodzinę.

Podczas długiego weekendu, ostatnim podrygiem lata Mac postanawia wyruszyć na wielką wyprawę nad jezioro Wallowa. Zabiera trójkę najmłodszych i wyładowanym vanem i przyczepą z namiotem pędzą ku przygodzie. I ostatniego dnia serce Macka otrzymuje potężny cios. Missy zostaje porwana i zamordowana w zrujnowanej chacie gdzieś na pustkowiach Oregonu. Nic już nie jest takie jak dawniej. Każdy kolejny dzień nasycony jest rozpaczą, gniewem, poczuciem winy i bezsilności. Więzi między rodziną nikną, usychają, każdy zamyka się we własnym świecie, Wielki Smutek zatruwa myśli.

Aż pewnego dnia, po czterech latach podczas lodowej burzy Mak znajduje w skrzynce dziwny list od Boga, który zaprasza go na weekend do chaty, tej w której zginęła Missy. Mack nie informując żony pożyczonym od przyjaciele jeepem jedzie na pustkowie, by rzucić Bogu bezpośrednio w twarz cały swój rozdzierający serce ból, żal i wściekłość za to, że nie zapobiegł tragedii.

I w odmienionej chacie, w sielskim, wręcz pocztówkowym otoczeniu przechodzi swoistą przemianę, wkracza na "duchową drogę". Zmaga się z z samym sobą, z ogromną stratą, pustką i dotkliwym smutkiem. Nie jest osamotniony w wewnętrznej walce, pomaga mu Bóg, do którego mówi Tato, Jezus oraz Sarayu - Duch Święty. Poprzez trudne rozmowy, ciężkie pytania, skargi, oskarżenia i wylewane żale Mack dokonuje swoistego "zmartwychwstania". Nadchodzi oczyszczenie duszy z dojmującego cierpienia, duchowe uwolnienie.

Prosty język, proste przesłanie, uniwersalne zasady i próba ukazania Boga , Jego istoty i Jego działania. Nie dowiedziałam  się niczego z tej pozycji, czego wcześniej nie znałam, że tak brutalnie napiszę. Niektóre oczywistości wywoływały niechęć, niektóre odrzucały, inne utwierdzały w tym co wiem. Momentami przypominało to przesłodzony, lukrowaty, pełen nasyconych kolorów obrazek z gazetek wyznawców Jehowy - nie obrażam tutaj nikogo, broń Boże. I nie chodzi tu o niby rewolucyjne ujęcie Trójcy - Bóg jako jowialna murzynka, karząca do siebie mówić Tato, Jezus - niezbyt przystojny Hebrajczyk w roboczych ciuchach czy Duch Święty pod postacią Azjatki. Poprawność polityczna czy chęć zerwania z "gandalfowskim" wizerunkiem Boga z kościelnych obrazów? Dla kogoś może być szokująca i takie podejście uzna za zbyt nowatorskie i wydumane.

Wizja Boga jako największego przyjaciela, jego bezgraniczna miłość, jaką obdarza człowieka, jego bliskość w każdym aspekcie życia ludzkiego zderza się z wizją srogiego, posągowego, starotestamentowego sędziego. Miłość to główny temat rozmów, we wszystkich możliwych odcieniach, poruszana kwestia zła, i wybaczenie, tak trudne a tak potrzebne. Bo jak można wybaczyć komuś, kto zabił ukochane dziecko? I żyć dalej nie czując bólu po stracie drogiej osoby?

Komuś, kto stracił kogoś bliskiego może ta pozycja przynieść ulgę i pomóc, ktoś może uznać ją za zbyt "egzotyczną" lub odebrać jako fantastyczną bajkę z morałem. Nas - mnie i rodziców - pobudziła do bardzo emocjonalnych rozmów, szczególnie w kwestii przebaczenia ale nie wniosła nic rewolucyjnego.

17:01, mrsantares , odhaczone
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010

Istniała bowiem stara przepowiednia, którą praprababka Tomasza usłyszała przed wieloma laty od starej Cyganki jako zapłatę za pół bochenka chleba, pęto kiełbasy i garnek mleka. Ta zła wróżba, powtarzana w każdym pokoleniu, budziła jednakie zdumienie: prastary ród Zajezierskich zginie, gdy pan na Zajezierzycach będzie miał dwóch synów o tym samym imieniu.*1

Piękna okładka. Grubość idealna na długą jazdę tramwajem. I wbrew pozorom więcej tu gorzkawego posmaku migdałów niż kandyzowanego cukru. I dzięki Bogu. Pełna jestem podziwu dla autorki za bardzo skrupulatną i pełną smaczków historię Gutowa i jego mieszkańców - nawet jeśli takowe wymyślone zostało. Od zawsze fascynuje mnie linia krwi, drzewa genealogiczne i związane z nimi rodzinne historie, tajemnice, daty, miejsca, zdjęcia o barwie sepii a książki opierające się na rodzinnych drzewach uwielbiam. "Cukiernia pod Amorem" jest tego przykładem.

Apetyczna pozycja. Opowieść snuje sie dwutorowo, w czasach dziewiętnastowiecznych zaborów i nam współczesnych, kiedy przypadkowe odkrycie labiryntu podziemnych korytarzy pod rynkiem w Gutowie wraz z ciałem kobiety, na której palcu widnieje średniowieczny pierścień powoduje zamęt w życiu znanego gutowskiego cukiernika i jego rodziny. I prawdę napisawszy, te akurat części z przyjemnością bym usunęła. Nie porwały mnie, irytowany okrutnie, łapałam sie nawet na przerzucaniu kartek.

Świat rozkwitu i upadku starego rodu Zajezierskich pochłonął mnie natomiest całkowicie. Zawierał w sobie wszystko, co wciągnąć może - kraina dworków i pałaców, wielkie uczucia, zdrady, zakazane namiętności, wspaniały obraz codziennego życia na prowincji, z nieodłącznymi polowaniami, balami, intrygami, podchodami i walką z zaborcą. Nietuzinkowe, mocne postacie, szczególnie Barbara Zajezierska, której syn, Tomasz, rozsierdzał mnie strasznie. Bolesne sekrety, ukrywane głębowo w sercu, bogobojność i religijność przeplatana z gusłami i czarami rodem z prastarych, pogańskich czasów, głęboki patriotyzm i układy z wrogiem, trzymanie się sztywnych zasad i uleganie chwili. Kąpiele raz w tygodniu, podkreślanie granatową farbką żył na dłoniach, by skóra wydawała sie delikatniejsza, nieznajomość własnej seksualności, podtruwania i zamachy. Zwyczajni ludzie i ich pokręcone koleje losu. Niesamowite to były czas  i chociaż piekielnie ciężkie, nieszczęśliwe - notabene mam nadzieję, że chociaż jedno małżeństwo okaże się szczęśliwe, bo jak narazie wszystkie wybrakowane jakieś, obowiązkowe i poukładane na siłę - brakuje dzisiaj tego cudownego oczekiwania na dotyk, tej nadziei, zawoalowanych spojrzeń i ukratkowych gestów, gdzie słowa potrafiły zranić okrutnie lub posłużyły by posiąść, zniewolić i zbudzić namiętność.

Słowa... Posłańcy myśli, kłamliwi zdrajcy, okrutni zabójcy spokoju dusz niewieścich. Wywołują zamęt w sercu, rumieniec na policzkach, przyspieszają oddech. Każą szeptać wyznanie za wyznaniem, ton wyniosły zmieniaja w błagalny, zasnuwają umysł woalem nierealności, wymuszają wiarę w spełnienie marzeń o miłości idealnej*2

Na pewno, mimo że jestem na diecie, zajrzę ponownie do "Cukierni pod Amorem", nie tylko by masochistycznie napawać się zapachem jagodzianek i wypić pyszną kawę, powodem jest zakończenie książki, które obudziło gdzieś w środku mordercę. Takich rzeczy nie powinno się robić.

*1 tamże, str 18

*2 tamże, str 264


19:16, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 października 2010

W końcu wiem, jak się nazywam, apogeum znika za horyzontem, wracam.

Ciężko pisać o czymś, co przez krótki acz bardzo intensywny czas miało się za ścianą. Nie w tak dramatyczny, okrutny sposób, bardziej psychiczna niż fizyczna przemoc, bardziej słyszana niż widziana. Niestety. W imię zasad, własnych lecz nadanych przez Boga można poświęcić rodzinę. I nie ma tutaj zbytniej przesady.

Bohaterką powieści jest pietnastoletnia Kambili, córka zamożnego fabrykanta, gorliwego katolika i filantropa. Hojny darczyńca, laureat nagrody Amnesty World za wkład w obronę praw człowieka w Nigerii za czasów militarnej dyktatury, stawiany za wzór przez społeczność, odważny wydawca gazety bez strachu publikujący artykuły ukazujące prawdziwe oblicze władzy. Jak kogoś takiego nie podziwiać mimo pogardy i nienawiści, jaką ojciec darzy tradycję rdzennych Nigeryjczyków, skreślając własnego rodziciela? Nie kochać mocno, głęboko, prawie iracjonalnie chociaż w domu dzierży władzę absolutną, nasyconą do granic purytańską religijnością? Który z miłością wypisuje każdego dnia ścisły i bardzo surowy plan zajęć, którego należy przestrzegać? Wspólne, długie modlitwy, wspólne posiłki, celebrowane w ciszy i skupieniu, wspólne uczestnictwo we mszy. Nie przyjmować z pokorą kar cielesnych, czy to bicia czy polewania wrzątkiem, skoro ojciec również cierpi, ale karze dla dobra i w imię Chrystusa?

Być najlepszym we wszystkim i dziękować ojcu, bo dzięki niemu, i Bogu, Kambili i jej brat Jaja mają o wiele więcej niż inni, zatem oczekuje się od nich o wiele więcej. Oczekuje doskonałości. I dąży się do niej ze wszystkich sił, z całego serca, każdego dnia, chociaż w głębi duszy rośnie cień niepewności, że coś jest nie tak, jak być powinno, tym bardziej gdy poznało się pełen śmiechu, śpiewu i zwyczajnego szczęścia dom ubogiej ciotki. Tylko ten paralizujący strach wrósł głęboko i nie pozwala na jawny sprzeciw.

Mocna pozycja. Wszystko powinno wywołać przeogromne emocje, szarpnąć wnętrznościami, zszokować, poruszyć. I tak było. Ale tak płytko, nie do końca potrafiłam wczuć się w klimat skądinąd niesamowicie nakreślonego sydromu kata i ofiary. To bardzo wyrazisty motyw w książce. Razi natomiast zbyt mocny i schematyczny kontrast między domem ojca Kambili, pustym, zimnym i twardym jak jego marmurowe posadzki a wesołą, biedną chaotycznością domu ciotki Ifeomy. I liczne wypowiedzi czy słowne wstawki w igbo, pozostawione w sferze domysłów.

Sama Nigeria przepływa gdzieś w tle, w niestabilnej sytuacji politycznej, reżimie wojskowym, cenzurze i politycznych mordach. Przesycona zapachem pomarańczy,hibiskusa i akacji, w tradycyjnych potrawach, lepkich owocach, prażącym słońcu i jarmarcznym zgiełku. Ciągłą walką o przetrwanie, ciągłą walką o godność i wolność słowa, codziennymi utarczkami z brakiem wody, prądu i benzyny. Z oszałamiającymi barwami i dziwnymi rytuałami. Świat kompletnie mi nieznany a pociągający.

Możliwe, że postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko, albo znana mi rzeczywistość była bardziej porażająca ale debiutancką powieść Nigeryjki znać należy.



21:46, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (4) »
środa, 22 września 2010

Słodszej okładki nie znalazłam. Od jakiegoś czasu zimno i potrzebowałam jakiegoś landrynkowego światka. Takiej literackiej słodyczy, wszyscy w gruncie szczęśliwi, tylko trochę się pogubili, miłość, pieniążki i przytulne domki z trawniczkiem. I kot.

I nie trafiłam. Ta okładka, te kolorki, stylizowane literki to taka zasłonka, zmyłka, trik, sztuczka jakaś podstępna. Brak domku, brak pieniążków, brak kota. I chociaż wcelowałam się w końcówkę, nie spodziewałam się tak interesującej historii.

Tytułowa bohaterka, Melody Browne, matka nastolatka przed osiemnastką, pomoc kuchenna i oddana przyjaciółka, gromadzi w swoim mieszkanku na Covent Garden w Londynie wszystko, od gazet, narzutek, pocztówek po stare trampki. Wiktoriańskie małe wnętrze ewoluuje wraz z czasem, dojrzewa razem z nią i jej synem, pełne stosów, stosików i warstw. Melody otacza się przedmiotami jak kołderką, traktuje je jak cudowne wspomnienia, cenniejsze dla niej niż życie. Bowiem ta trzydziestotrzylatka o niezwykłym imieniu panicznie boi sie coś utracić, drży na samą myśl, że coś jej umknie, coś ją ominie. Pożar zabrał jej życie przed dziewiątymi urodzinami, pozostawiając spalone zgliszcza i obraz hiszpańskiej tancerki w czerwonej sukience w kropki i ogromnych błękitnych oczach.

Jedno spotkanie, krótka rozmowa z nieznanym mężczyzną w tramwaju i przyjęcie zaproszenia na wieczór z artystą-hipnotyzerem, sprawia, że życie Melody skończyło się i zaczęło w jednym momencie. Wszystko ulega zmianie, dom stracił na zawsze znany jej porządek, rzeczy smakowały inaczej, jakby po raz pierwszy. Pozostało wrażenie pustki i ulotności, wrażenie obcości we własnym ciele, pewnego niedokończenia.

Budzą się dziwne widma, mgliste ślady, gdzieś na granicy postrzegania lub uderzają z siłą młota na widok kłębka turkusowej włóczki. Nieznane twarze, niesprecyzowane miejsca atakują pamięć Melody, która próbuje uporządkować ten retrospekcyjny chaos.

Nagle dotychczasowe życie sprawia wrażenie bezpiecznej iluzji, za którą kryje się tragedia. Bohaterka próbuje odkryć, kim tak naprawdę jest ta kobieta o orzechowych oczach, którą codziennie widzi w lustrze. Co wydarzyło się w czasach przed pożarem, kim jest ten motocyklista o pięknej twarzy i kobieta w turbanie, gdzie znajduje się plaża i stary dom, który tak często się pojawia we wspomnieniach? Czy silne uczucie, które odczuwa do mglistej twarzy to siostrzana miłość? I czy ludzie, których uważała za rodziców, są nimi? Melody powoli poznaje siebie na nowo, kawałek po kawałeczku, jak w układance, próbuje te wszystkie odłamki wspomnień zebrac w jeden klarowny obraz. Odzyskać.

Spore zaskoczenie. I chociaż, standardowo, końcówka trochę rozczarowuje a powieść o cudownym i emocjonującym rozpędzie wytraca moc gdzieś po koniec, warta poznania.

Słodyczy wystarczająco. Bez mdłości :)

23:38, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 lipca 2010

Nie lubię klaunów. Wręcz nienawidzę bo nie wiem, co może  ukrywać się za tymi pomalowanymi twarzami, pomarańczowymi włosami, śmiesznymi butami, dziwacznymi strojami i dziwną tendencją do wpadania w najróżniejsze, najczęściej słodko-lepiące pułapki. Znalazłam tą pozycję gdzieś w drugim rzędzie książek w ojcowskiej bibliotece szukając czegoś na plażę, przeczytałam opis i postanowiłam uśpić niechęć do wypacynkowanych osobników i spróbować.

Hayley to uzdolniona plastycznie pięciolatka, córka znanego malarza i pięknej Caroline, o urodzie bajkowej królewny. Mieszka w lesie, w małej drewnianej chatce. Pewnego wieczoru zostaje uprowadzona przez przebranego w strój klauna tajemnicze indywiduum. Zakrojone na szeroka skalę poszukiwania nie zdają się na nic, wkrótce policjanci znajdują jej pozbawione głowy i spalone ciało. zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona. Rodzice Hayley nie wytrzymują społecznej nagonki, Chris zatraca się w alkoholu i przygodnych romansach, Caroline przechodzi załamanie nerwowe. Rozstają się, licząc na zbawienny wpływ czasu. Zbrodnia z czasem obrasta swoista miasteczkowa legendą. Caroline ponownie wychodzi za mąż, w ponownym macierzyństwie próbuje uśmierzyc koszmar. Mija dwadzieścia lat a horror powraca. Kobieta słyszy głos swojej nieżyjącej córki, odnajduje w sypialni zaginioną lalkę Hayley, na lustrze pojawia się krwawy napis:"Pomóż mi, mamusiu". Zaczynają ginąć w makabrycznych i niewyjaśnionych okolicznościach osoby w jakiś sposób powiązane z dziewczynką. W poblizu ciał znajdowane sa bukiety czarnych, jedwabnych storczyków z karteczkami nabazgranymi nieporadną, dziecięcą ręką:"Czarne, na pamiątkę".

"Czarne, na pamiątkę" to debiut powieściowy Carlene Thompson. Tak coś ostatnio trafiam na same "pierwsze" powieści. Poszperałam trochę w sieci i ta pani nalezy, jak się okazało, do bardzo popularnych i płodnych pisarek.I gdyby w Polsce zostały wydane kolejne książki Thompson, sięgnęłabym z chęcią.

Na tylnej okładce widnieje spory napis thriller, a to raczej nie po drodze. Wbrew obrazkowi z oprawy nie szaleje w książce maniakalny klaun. Trudno ją wcisnąć do konkretnej przegródki. I to spory plus. Kto spodziewa sie potworności i krwii na ścianach będzie zawiedziony. Więcej tu psychologicznego podejścia, autorka bazuje na emocjach i wewnętrzych przeżyciach bohaterów, na ich prywatnych demonach. Ujawnia, że najgorsze piekło tworzą sami sobie. I chociaż intryga wciąga, wątki prowadzone ciekawie, sporo błyskotliwych dialogów, stopniowo odkrywane okoliczności morderstwa, czegoś brakuje. A może tak mocno nasiąkneliśmy wszechobecną przemocą i okrucieństwem, że czujemy lekki niedosyt i rozczarowanie brakiem makabry.

I pokazuje prawdziwość potocznego powiedzonka -Najciemniej jest pod latarnią.

Czytając na plaży można przesadzić ze słońcem. Wciąga. Z każdą kolejno odwracaną kartką. Miłośnicy zagadek kryminalnych mogą być usatysfakcjonowani.

23:02, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 lipca 2010

- Miałeś taką minę, jakby ci nikt nie był potrzebny do szczęścia.
- Właśnie tacy najbardziej potrzebują innych - odparł - Nie wiedziałaś o tym?
- Teraz wiem. Kiedy już jest za późno.
- Na naukę nigdy nie jest za późno.
- Pewnie masz rację - westchnęła - Ale może być już za późno, żeby to jeszcze w życiu wykorzystać.

 

Upalny początek letniego weekendu 1954 roku w Main. Niemiłosiernie niewygodna żółta walizka bez jednego kółka. Upuszczona na ziemię torebka. Młoda Ann Grand przyjechała na ślub swojej przyjaciółki, stanąć u jej boku w zielonej sukience druhny i cieszyć się jej szczęściem. Na dworcu czekają na nią jej przyjaciele aby zabrać ją na wyspę. Towarzyszy im tajemniczy i nieznany Ann mężczyzna. Dziewczyna nie wie jeszcze, że dziwne, niewytłumaczalne, wspaniałe uczucie, jakie doznała na jego widok, wpłynie na jej przyszłe życie, na jej przyszłe wybory, decyzje, jak mocno oplecie jej serce, nie pozostawiając miejsca na cokolwiek innego.

Sześćdziesięciopięcioletnia Ann, powalona śmiertelną chorobą, wraca pamięcią do tamtych kilku gorących dni lata, kiedy po raz pierwszy poczuła siłę miłości, tej jedynej, ostatecznej, niepowtarzalnej a jednocześnie tragicznie wręcz krótkiej i naznaczonej śmiercią. Harris Arden, młody lekarz o tureckich korzeniach, który powrócił z Korei i cudownie grający na saksofonie zawładnął sercem i umysłem Ann, to z nim przeżyła namiętne chwile, prawie bez słów, łapczywe i zachłanne. I te kilka słów mglistego wieczoru, które sprawiły, że wszystko się zmieniło, nic nie było już takie jak przedtem, czyste, doskonałe, jedyne.

To z Harrisem umierająca Ann prowadzi specyficzne rozmowy, pełne czułości, tajemnicze, które mimo prostoty słów zawierają w sobie esencję tego co ich połączyło. Wspomnienia mieszają się z kolejnymi etapami życia Ann, podróżami, małżeństwami, z dziećmi, kolejnymi domami, w których żyła, sukniami, pielęgniarkami, zdradami, śpiewem. Wszystko na granicy majaczeń, halucynacji, istna szalona mieszanka wzmocniona zastrzykami z morfiną.

Dziwna książka. Specyficzna. Narracja piękna, chwilami reporterska, poszatkowana, strzelająca jak z broni szczątkami wspomnień, snów, koszmarów, jednowyrazowych, mocnych. Impresjonistyczna. Pełna subtelności. Choć momentami monotonna i denerwująca, szczególnie bardzo długie zdania, będące jakby dialogiem kilku osób, na przestrzeni kilku lat. Prostota słów, prawdy oczywiste podane w pięknej formie, nie ocierające się o "poezję menstruacyjną" - tak to określiła moja połowa. Mądra w nienachalny i "niełopatologiczny" sposób tylko... dlaczego taka zimna, wręcz kliniczna? Przynajmniej dla mnie. Nie potrafiłam w sobie wzbudzić choćby odrobiny uczucia dla bohaterów. Ale dla kunsztu autorki padam na kolana.

Filmu na jej podstawie jeszcze nie dane mi było obejrzeć. A obsada niesamowita.

22:21, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 czerwca 2010

"Coś we mnie pamięta i nie zapomni"

Okładka nie pozostawia wątpliwości co do tematyki powieści. Motyw ostatnimi czasy bardzo na fali, wszechobecny, czy to w kinie czy w literaturze, szczerze powiem, prawie do obrzydzenia. Gdzie człowiek nie spojrzy tam wampir, i to, o zgrozo, jakiś taki bezpłciowy, mdły, przesadnie androgeniczny.

Sama autorka uczciwie przyznaje, ze tej książki, notabene jej debiutu literackiego, nie traktuje jako arcydzieła, wręcz jako dzieło pretekcjonalne, zbyt kwieciste językowo, jet jej osobistą klątwą mumii. Dla mnie ta pozycja jest ciekawą próbą podglądu na ewolucję stylu Joanne Harris, ktorej "Czekoladę" uwielbiam.

"Nasienie zła" to książka z pogranicza gotyckiej powieści grozy i horroru. Powieść o drapieżcach, Wybranych, panach wszelkiego stworzenia. Ani razu nienazwanych słowem - wampir. To kolejna próba spojrzenia na te stworzenia z innej, dość ciekawej i oryginalnej perspektywy, poprzez sztukę szekspirowską, malarstwo prerafaelitów, cyrk z nieodłącznym diabelskim młynem, zapachem prażonej kukurydzy, waty cukrowej i mdlącego, intensywnego odoru menażerii.

R.Rosetti "Prozerpina"

Akcja toczy się w uniwersyteckim Cambridge,w dwóch naprzemiennie prowadzonych wątkach, w czasach tuż po drugiej wojnie światowej oraz współcześnie. Daniel Holmes, nieśmiały pasjonat XIX-wiecznej sztuki, ratuje życie nieznanej acz eterycznej i zjawiskowo pięknej dziewczynie. Rudowłosa piękność, o tajemniczym pochodzeniu, będąca dla Daniela żywym wcieleniem prerafaelickich obrazów, wkrótce bez reszty zawładnie sercem i umysłem Holmesa. Gdy jego przyjaciel Robert zakochuje się , z wzajemnością w Rosemary, oszalały z zazdrości Daniel próbuje zbadać przeszłość panny Ashley.

Arthur Hughes "Ofelia"

Alice , utalentowana lecz niespełniona malarka, próbuje poradzic sobie z bolesnym rozstaniem. Chociaż minęło już kilka lat, pamięć o Joe nie pozwala na zawsze pogrzebać przeszłości. Dlatego nagły telefon od byłego kochanka wywołuje lawinę wspomnień i kompletnie irracjonalną zgodę na "przechowanie" na kilka dni nowej dziewczyny Joe. Kiedy poznaje nieśmiałą i piękną Ginny, nie ulega jej lawendowo-eterycznemu czarowi, wyczuwa niebezpieczeństwo i pewna jest jej zła.Zaczyna ją obserwować, śledzi jej złowieszczych przyjaciół, o których Joe nie ma pojęcia. Podczas przeszukiwania jej rzeczy odnajduje rękopis niejakiego Daniela Holmesa opisującego swoje życie, swojego przyjaciela i tajemniczej kobiety, ktora rzuciła na nich czar. Obie historie splatają się razem, przeszłość i teraźniejszość a Alice odkrywa, że nienawiść do Ginny ma głębsze korzenie niż sądziła, dlatego próbuje uwolnic siebie i Joe z koszmaru pełnego obsesji, przerażenia, uwiedzenia i krwi.

A. Hughes

Spora dawna podskórnego lęku, bez zbędnego epatowania okrucieństwem. Momentami nierówna, zagmatwana, "przedobrzona" lingwistycznie, niektóre opisy ociekają wręcz od barwnych, plastycznych sformułowań, nużąc przy tym bardzo, końcówka niedopracowana i można się pogubić... ale spowodowała wykopanie z dna szafy albumów o sztuce, odkurzenia pasteli i mały szał twórczy :). Prostota charakterów bohaterów, takich "ludzi z sąsiedztwa", wysmakowany język, wspaniale oddany hołd sztuce oraz dość oryginalne ujęcie wyeksploatowanego do granic wampiryzmu daje spory plus bo czyż nie mówi się, że nie umarł ten, kto żyje w czyjeś pamięci?1

 

x1 tamże str. 302

20:45, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2