Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli

klasyka

czwartek, 21 czerwca 2012

Nie samym kryminałem żyje człowiek. Kto spodziewa się mrocznych , mglistych zaułków, ciemnych zakamarków, gdzie czyjąś obecność zdradzi błysk noża niech nie sięga po ten mały zbiór opowiadań. To fantastyka wsparta naukową wiedzą z początku XX wieku, lekko flirtująca ze spirytyzmem.

Książka zawiera cztery opowiadania. Dwa pierwsze łączy tytułowa Głębina Maracota, notabene nazwana na cześć jednego z głównych bohaterów i jednocześnie jej odkrywcy. Pozostałe postać znana z powieści "Zaginiony świat" - profesor Challenger. Dwa potężne umysły, uznane za geniuszy swoich czasów, których metody poznawcze były tak różne jak ich wygląd, które łączy jedno - niczym nieograniczony, egoistyczny, fanatyczny wręcz pęd do wiedzy, do badania tego co nieznane, bez względu na koszty.

Profesor Maracot, zasuszona mumia o twarzy inkwizytora, bezgranicznie oddana pracy, przy pomocy genialnego inżyniera i młodego dziennikarza postanawia zagłębić się w nowo odkrytą szczelinę w morskim dnie. Cel - dno Oceanu. Mały klub samobójców pragnie udowodnić niedowiarkom, że ciśnienie w głębinach jest neutralizowane przez nieznane jeszcze czynniki i obowiązująca doktryna o jego miażdżącej sile jest wybrakowana. To, co tam odkrywają, przechodzi ich najśmielsze oczekiwania. Odnajdują pozostałości po Atlantydzie, gdzie jej mieszkańcy adoptowali się do podwodnych warunków przy pomocy doskonałej znajomości chemii i bardzo bogatej spuściźnie przodków. Mało tego, Atlanci doskonale radzą sobie z brakiem tlenu, walczą z morskimi potworami- patrz okładka ;) i bardzo złymi istotami, o niemalże boskiej mocy a ich sposób komunikowania się z przybyszami z powierzchni jest wprost niesamowity. Konsekwencje pojawienia się trzech obcych w zamkniętym, powoli degenerującym się świecie Atlantów wywoła podobny efekt co mały kamyczek puszczony po stromym stoku.

Natomiast jowialny, bardzo bezpośredni i totalnie skupiony na sobie profesor Challenger o posturze troglodyty i bezpardonowym traktowaniu dziennikarzy analizuje odkrycie pewnego łotewskiego badacza. On to bowiem, według szerzących się pogłosek, jest wynalazcą Desintegratora, maszyny zdolnej zmienić strukturę materii. I pragnie ją sprzedać temu, kto najwięcej zapłaci. Najlepiej jakiemuś mocarstwu, który skrzętnie wykorzysta jej moc.

Mało tego, sam profesor w ostatnim opowiadaniu pragnie potwierdzić pogląd, że Ziemia, na której żyjemy, jest tak naprawdę żywym organizmem, czującym i myślącym a niezdającym sobie sprawy jakie pasożyty - to ludzkość(sic) - nosi na sobie. Profesor pragnie być pierwszym, który jej to objawi.

Urokliwa ramotka, ujawniająca nieznane mi oblicze twórcy Sherlocka Holmesa. Momentami infantylna, w naiwności swej i nagromadzeniu nieprawdopodobieństw wywołująca ból głowy i uśmieszek pogardy, ale przemycająca sporo uniwersalnych prawd, nawet jeśli cholernie oczywistych. I to nasuwające się pytanie - czy możliwym jest, że skończymy jak podwodny lud?

22:49, mrsantares , klasyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2012

Ta książka to moje osobiste odkrycie roku :) i naprawdę wstyd mi, że do tej pory miewałam ataki ślepoty przy tej pozycji, gdy szukałam czegoś do poczytania na półkach.

Powieść ta, napisana przeszło 100 lat temu, jest pierwszą częścią "Trylogii Księżycowej", której autora uważa się za jednego z prekursorów polskiej fantastyki naukowej.

Pewnego dnia w jednym z dzienników w K... pojawił się krótki artykuł o szaleńczej wyprawie, która to blisko pięćdziesiąt lat temu budziła nadzieję o odkryciu raju po drugiej stronie srebrnego globu i zajmowała umysły większości ludzi. Autor artykułu, pomniejszy asystent w obserwatorium astronomicznym, twierdził, że jest w posiadaniu rzetelnych wiadomości o losie pięciu uczestników wystrzelonych pół wieku temu na Księżyc. Znalazł bowiem żelazną kulę, wziętą początkowo za meteoryt, zawierającą w środku kilkanaście zwęglonych na brzegach kartek. Okazały się dziennikiem ilustrującym tą straceńczą wyprawę przez Jana Koreckiego, członka wyprawy, z którego majątku sfinalizowano część kosztów przedsięwzięcia.

"Lunatycy", jak tą piątkę opętanych Vernerowską wizją ludzi nazywano, dobrze wyćwiczeni, zaprawieni w ekstremalnych, skrajnych temperaturach, zostali wystrzeleni u wybrzeży Kongo w sam środek tarczy Księżyca. 

Księżyc nie jest światem gościnnym, śmiałkowie zamknięci w żelaznym wozie, od samego początku wyprawy naznaczeni śmiercią, śpieszą odkryć nowy świat po niezbadanej, ciemnej stronie Srebrnego Globu. Przedzierają się przez potężne masywy górskie, głębokie przepaście i rozpadliny, walczą z potwornym mrozem nocą a niewyobrażalnymi upałami w dzień, brakiem powierza i własnymi słabościami.

                 Odosobnienie, samotność, dojmująca tęsknota i szaleńcze pragnienie przeżycia za wszelką cenę budzą najgorsze cechy. Na małej przestrzeni wagonu, który na wiele miesięcy staje się jedynym znanym "światem", między czwórką mężczyzn i jedną kobietą panuje duszna atmosfera, przesycona zmysłowością, buzują emocje, uczucia i zwierzęce pragnienia i mordercza rywalizacja.

Spieszą na biegun, na drugą stronę, chorobliwie pragnąc choć na chwilę pooddychać pełną piersią, dotknąć czegoś żywego, odnaleźć namiastkę Ziemi, która góruje nad nimi wzmagając tęsknotę i wściekłość.

I znajdują swój mały raj po ciemnej stronie, zakładają nową społeczność, ale widmo spotkanych wcześniej tajemniczych ruin, które doprowadziły jednego z uczestników do szaleństwa, a także odkrycie dziwnych kości po drugiej stronie budzi wątpliwości czy aby na pewno są pierwszymi rozumnymi istotami na tej obcej ziemi. 


Genialna, niesamowita książka. Cudowny język, choć momentami zbyt barokowy, ale jakże piękny sam w sobie. Bohaterowie, ich uczucie, emocje, zachowania, tak fenomenalnie oddający i współgrający z atmosferą Księżyca, obmalowaną w czerni i bieli, pustą i martwą. Wspaniałe studium psychologiczne, momentami przeszarżowane ale budzące gorzką refleksję nad ludzką odpowiedzialnością, przerażające w swej "prawdopodobności". Bez zbędnego fizycznego erotyzmu i wulgarności, tak widocznie potrzebnych w dzisiejszych czasach w większości powieści spod sztandaru science fiction. Oczywiście, nie mam nic przeciwko erotyzmowi jako takiemu, ale wyuzdana, biologiczna seksualność, ocierająca się wręcz o pornografię zaczyna mnie irytować.Ta niezwykła wyobraźnia, która tak mnie fascynuje u pisarzy przełomu wieków, pełna nieprawdopodobnych, bajkowych wydarzeń a jednocześnie poparta solidnymi, naukowymi podstawami, o czym świadczy załączona przez autora mapka Srebrnego Globu.

Wspaniała, wysmakowana, elegancka językowo książka.

Zdjęcia pochodzą z filmu pod tym samym tytułem, reżyserowanym przez wnuka pisarza, Andrzeja Żuławskiego. Film - nieziszczone marzenie, niedokończony, fragmentaryczny, kręcony przez blisko 10 lat. Nie oglądałam niestety, ale z liczne recenzje zgadzają się w jednym - z biegiem lat obroniła się się tylko scenografia i kostiumy.

22:39, mrsantares , klasyka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

Mój organizm przeszedł sporo, co zaowocowało bezwzględnym zakazem dźwigania powyżej ustalonego limitu więc, chcąc nie chcąc, przyjeżdżając na urlop do rodziny przepraszam się z biblioteczką ojca. Sporo starej fantastyki, w szczególności polskiej, s-f i space opery, sporo klasyki i tak zwanych powieści z przesłaniem. Pierwsza wpadła mi w ręce powieść królowej kryminału, będąca notabene nagrodą przyznaną mi za wygrany konkurs w liceum.

Bohaterką powieści jest Katarzyna Grey, skromna, cicha, spokojna, obdarzona zdrowym rozsądkiem i dość specyficznym poczuciem humoru oraz pięknymi szarymi oczami. Dziesięć lat życia poświęciła ciężkiej i wyczerpującej pracy opiekując się humorzastą i "trudną" panią Harfield. Ku jej ogromnemu zdumieniu starsza pani zapisuje jej cały majątek i trzydziestodwuletnia Katarzyna, przy zjadliwej krytyce żyjących krewnych podopiecznej dziedziczy sporą fortunę. Ulegając magii chwili kupuje bilet na Riwierę, gdzie zawieść ją ma luksusowy pociąg zwany "Błękitnym Ekspresem". Pragnie przeżyć fascynującą przygodę, coś na wskroś elektryzującego a jej rozbudzona powieściami typu roman policier wyobraźnia łaknie emocji, namiętności i ekscytacji.

W pociągu poznaje córkę jednego z najbogatszych ludzi Ameryki, potentata Rufusa Van Aldina, Ruth Kettering. Wspólny stolik przy kolacji, życzliwość oraz nabyta umiejętność słuchania Katarzyny wzbudzają zaufanie Ruth na tyle, że przeprowadza z nią dość długą i specyficzną rozmowę.

Niedługo po tym zostaje znaleziona martwa w swoim przedziale, znikają również słynne rubiny, należące do carycy Katarzyna II, ofiarowane w prezencie przez ojca Ruth a zdobyte niekoniecznie legalną drogą.

Katarzyna, jako jeden z głównych świadków, znajduje się nagle w centrum wydarzeń, w świecie bogatych, zmanierowanych elit, który to świat znała jedynie z gazet. Postanawia pomóc najętemu przez zrozpaczonego ojca detektywowi Herculesowi Poirot rozwikłać zagadkową zbrodnię. Wokół niej pojawia się dwóch jakże różnych mężczyzn, obaj szalenie  fascynujący i niebezpieczni, wzbudzający w młodej kobiecie nieznane jej dotąd uczucia. A co najgorsze, jeden z nich jest mordercą.

Uroczy, trochę trącący myszką kryminał, który sama Agatha Christie uważała za nieudany. Mnie zachwycił, przeniósł na chwilę w czasy konwenansu, intryg, upadłych fortun i arystokratycznych rodów, gdzie nowobogaccy zachowywali się bardziej arystokratycznie niż wyższe sfery, kobiety emanowały wdziękiem a mężczyźni wyglądali jak mężczyźni.

Powieść zekranizowano.



23:58, mrsantares , klasyka
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 stycznia 2010

Oskara Wilda nie trzeba przedstawiać. Znany przede wszystkim z powieści "Portret Doriana Graya" oraz setek aforyzmów i  sentencji, którymi nasycał swoje dzieła.

Zachwycona mrocznym, dusznym klimatem "Portretu" sięgnęłam po niewielką książeczkę "Upiora rodu Canterville'ów" i wpadłam. Dawno nie czytałam tak "inteligentnej zabawy z konwecją".

Tomik zawiera dwa opowiadania - "Zbrodnia lorda Artura Savile" i tytułowego "Upiora". W pierwszym "drogą do szczęścia i warunkiem życiowego spełnienia okazuje się zbrodnia", w drugim "duch starego zamczyska, za sprawą przeraźliwego racjonalizmu jego mieszkańców, ze straszącego zamienia się w straszonego".

O ile "Zbrodnia" bardziej ubawiła mnie sardonicznym obrazem klas wyższych końca XIX wieku niż makbetowskim motywem przewodnim to opowiadanie tytułowe stanowi koncertowy popis przekornej, bardzo inteligentnej zabawy z mocno już oklepanymi schematami gotyckiej powieści. Całą duszą byłam za dręczonym przez amerykańską rodzinę upiorem, która ze swoim bezlitosnym racjonalizmem niszczy jego autorytet, np. "smarem wschodzącego słońca" do naoliwienia łańcuchów. Tylko jedna rzecz mnie uwierała - problem umęczonego upiora. Przy całym mistrzowskim warsztacie Wilda, cudnym wymieszaniu grozy i czarnego humoru to jedno mnie lekko zdezorientowało.

Autor pisze barwnie, ostrym piórem, inteligentnie żongluje słowami, po prostu klasa. Jedyny mankament to rozmiar książeczki- przy dobrych wiatrach mozna ja przeczytać jadąc z jednego końca miasta na drugi w godzinach szczytu.

10:19, mrsantares , klasyka
Link Dodaj komentarz »