Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli
czwartek, 04 listopada 2010

Guy de Maupassant - czyż nie brzmi jak muzyka? Całe jego życie to temat do niejednej wciągającej powieści. Syn siostry poety Alberta Le Poittevina, oddany pod skrzydła Gustava Flauberta, który wtajemnicza go w arkana sztuki. "Chodzi o to, by w obserwowanym świecie uchylić tajemnic, których nikt nie dostrzegł i nie opisał"*1 Wierny realizmowi, precyzji w opisie, uwielbiający nocne kabarety, przelotne miłostki i sporty wodne. Ulegający nagminnie czarom Zielonej Wróżki, często podróżuje po świecie, dokumentując dokładnie wszystko, co przeżył.

Nie znam nic równie pięknego jak życie tułacza, życie od przypadku do przypadku. Być wolnym, pozbawionym wszelkich ograniczeń, pozbawionym obowiązków, pozbawionym nawet mysli o dniu jutrzejszym.*2

Walczący z objawami kiły, torturowany przez ataki migrenowe, tłumiący ból w narkotykowych wizjach powoli wpadający w obłęd. A co najdziwniejsze, Maupassant to bodaj jeden z nielicznych pisarzy, którzy za życia zostają właścicielami jednej z największych fortun literackich.

"Bel - Ami" to niesamowita powieść. Dawno nie czytałam tak pięknie napisanej powieści. Zachwyca język, dokładny, precyzyjny w opisie, uwodzący jak muzyka, prosty i przejrzysty jak rzeka, po prostu piękny.

Bel Ami to przydomek nadany głównemu bohaterowi, Jerzemu Duroy, znaczący mniej więcej  - Piękny Pan. Były wojskowy, o nienagannym wyglądzie  i wystudiowanych ruchach był bardzo pociągający. I, na nieszczęście płci niewieściej, doskonale wiedział jakie czyni spustoszenie w sercach kobiecych i perfekcyjnie potrafił rozsiewać lepkie nici. Po powrocie z Afryki, gdzie bez żadnych przeszkód, bez kodeksów i zasad moralnych, swobodnie mógł zaspokajać swoje instynkty, w Paryżu nie potrafi się odnaleźć. Puste kieszenie i war we krwi.*3 Marna robota, jeszcze bardziej marne pieniądze a potrzeby wzrastają coraz bardziej, im częściej odwiedza popularne spacerowniki paryskie. Widząc tych wszystkich bogatych, otulonych w kosztowne stroje Paryżan z wyższych elit pragnie za wszelką cenę zrobić karierę i zbić fortunę. Oczywiście jak najmniejszym kosztem.

Z poczatku trochę naiwny i impertynencki, z czasem doprowadza do perfekcji subtelne gierki, zgrabnie kombinuje, uwodząc - i to jak łatwo! - bogate i wpływowe kobiety, do końca i z premedytacją je wykorzystując. Chłonie jak gąbka wszytkie nowinki, ploteczki, polityczne gry, zgrabnie lawiruje wśród nieuczciwych urzędników, doskonale potrafi pociągac za sznurki nie licząc się z uczuciami innych. Porzucenie kobiety, którą kochało się do szaleństwa do czasu osiągnięcia celu jest równie łatwe jak wyrzucenie niemodnego kapelusza. Przecież wykorzystywanie bogatych - często mężatek - kobiet jest o niebo prostsze i szybciej przynosi skutki niz ciężka praca. I osiąga sukces, zmieniając nazwisko na Du Roy. Dlaczego? Bo kieruje nim tylko jedno pragnienie - tytaniczna żądza posiadania.

W powieści jest wszystko, miłość i samotność, zazdrość, zdrada, egoizm i wspaniałomyślność, erotyzm i piękne słowa jak lep, sztuczny miód dla wygłodniałych serc niekochanych kobiet. Świat pełen hipokryzji i zepsucia, nieustający flirt pieniądza z władzą, wyrachowania i intryg, kryjących się za fasadą eleganckich domostw, strojów, błyskotliwej konwersacji.

... chwila zręcznych niedomówień, zasłon podnoszonych słowami (...), chwila fortelów językowych, zuchwałych powiedzonek umiejętnie zawoalowanych, bezwstydnych hipokryzji, zdań, które w układny sposób pokazują rzeczy mniej układne, nasuwają oczom i umysłowi wizję tego wszystkiego, czego nie można wypowiedzieć, umożliwiają ludziom z towarzystwa rodzaj miłości subtelnej i tajemniczej, rodzaj nieczystego kontaktu myślowego, (...) budzący wstyd i pożadanie*4

Nie napiszę o swoich odczuciach - nie w kontekście językowym, który jest fascynujący - ponieważ musiałabym użyć słów mocno niecenzuralnych. Wciąga szalenie, właściwie niewiadomo kiedy upłynie dzień, a co szokujące, nic nie straciła na aktualności. Nie wiem, śmiać sie czy płakać. Ciągle przeglądający się w lustrze Bel Ami uświadamia, jak łatwo zapomnieć o innych, podążając ścieżką sukcesu.

Obowiązkowo.

*1 tamże, str 11

*2 tamże, str 7

*3 tamże, str 16

*4 tamże, str 87

 

Tak na marginesie, powstaje film wzorowany na tej powieści, gdzie główną rolę gra - uwaga! - Robert Pattinson. Załamałam się. Partnerują mu Uma Thurman, Christina Ricci i Kristin Scott Thomas. Oto kilka fotek:





niedziela, 31 października 2010

Zaciekawiona byłam strasznie, co też poczytuje pokątnie w pracy młodsza siostra, o czym tak długo rozmawia przez telefon i co tak strasznie przeżywa, nazywając jakąś Wiki chodzącą ślepotą i skończoną idiotką. Zagadnięta z nagła stwierdziła, że ślepiec jest mniej ślepy niż ta frajerka, ma takie cudo, taki chodzący testosteron z sercem na dłoni obok a lata za jakimś rozklapanym ciapciem. No skończona debilka po prostu. Hmm, no tak. Sięgnęłam bo tę książkę i od razu zaskoczyłam - recenzja u Clevery. I poprostu musiałam ją przeczytać.

Istny misz masz. Wszystko, co chodliwe ostatnio i bardzo modne. Anioły i diabły, rajskie piekło i nudnawy eden, targi o duszę i szalone imprezy przy wysokoprocentowych napojach. Seksowne ciuszki, szybkie samochody i nieziemsko ziemskie posiadłości. I to wszystko można stworzyć samemu, pamiętając o tym, żeby owoc miał nie tylko piękny kształt ale zapach, smak i soczystość. Ha, wystarczy tylko zostać diablicą, podpisać cyrograf na 66 lat pracy, zjeść zielone jabłuszko i dostać za przewodnika piekielnie seksownego diabła. Wiktoria vel Wiki własnie dostała swoją szansę. Dlaczego została zamordowana, kto tak naprawdę pociąga sznurkami w tym piekielnym świecie, jaką rolę odegra Piotruś, którym dziewczyna jest zauroczona i co ukrywa nieszczęśliwie zakochany w Wiktorii Beleth odkrywamy powoli, smakując ciekawą wizję zaświatów, spotykając bohaterów historii, galerię przedstawicieli niebios i piekieł, poznajemy układy i mechanizmy rządzące królestwem ciemności. Postać Śmierci też odbiega od innych, a targi o duszę śmiertelników pozbawione są wszelkich zasad. Jak to na wojnie. A Wiki pragnie poznać prawdę o swojej śmierci za wszelką cenę.

Temat diabelsko-anielski eksploatowany ostatnio dość mocno na równi z wampiryzmem, obawiałam się, że schemat będzie gonił schemat a przyjemnie się rozczarowałam. Ciekawa ucieczka od rzeczywistości, przesycona niezłym humorem, lekka i swobodna. I z bólem przyznaję rację siostrze - chociaż bohaterowie nie sa zbytnio wyszykani i charakterystyczni, brakuje jakieś mocniejszej nuty to za diabła nie rozumiem co bohaterka widzi w tym Piotrusiu - zdrobnienie jak najbardziej na miejscu. Ale ja zawsze miałam słabość do złotookich Mrocznych o niepokojącej urodzie.

Książka trafiła w odpowiedni czas, granica między światami cienka i może kluczyk do sekretnych, własnych drzwi nie będzie potrzebny. Swoją drogą kończyłam czytac jadąc tramwajem o numerze wagonu 666, ale żaden mroczny się nie zjawił:)

Może grozić zaczytaniem.


19:54, mrsantares , fantastyka
Link Komentarze (3) »
sobota, 30 października 2010

Istniała bowiem stara przepowiednia, którą praprababka Tomasza usłyszała przed wieloma laty od starej Cyganki jako zapłatę za pół bochenka chleba, pęto kiełbasy i garnek mleka. Ta zła wróżba, powtarzana w każdym pokoleniu, budziła jednakie zdumienie: prastary ród Zajezierskich zginie, gdy pan na Zajezierzycach będzie miał dwóch synów o tym samym imieniu.*1

Piękna okładka. Grubość idealna na długą jazdę tramwajem. I wbrew pozorom więcej tu gorzkawego posmaku migdałów niż kandyzowanego cukru. I dzięki Bogu. Pełna jestem podziwu dla autorki za bardzo skrupulatną i pełną smaczków historię Gutowa i jego mieszkańców - nawet jeśli takowe wymyślone zostało. Od zawsze fascynuje mnie linia krwi, drzewa genealogiczne i związane z nimi rodzinne historie, tajemnice, daty, miejsca, zdjęcia o barwie sepii a książki opierające się na rodzinnych drzewach uwielbiam. "Cukiernia pod Amorem" jest tego przykładem.

Apetyczna pozycja. Opowieść snuje sie dwutorowo, w czasach dziewiętnastowiecznych zaborów i nam współczesnych, kiedy przypadkowe odkrycie labiryntu podziemnych korytarzy pod rynkiem w Gutowie wraz z ciałem kobiety, na której palcu widnieje średniowieczny pierścień powoduje zamęt w życiu znanego gutowskiego cukiernika i jego rodziny. I prawdę napisawszy, te akurat części z przyjemnością bym usunęła. Nie porwały mnie, irytowany okrutnie, łapałam sie nawet na przerzucaniu kartek.

Świat rozkwitu i upadku starego rodu Zajezierskich pochłonął mnie natomiest całkowicie. Zawierał w sobie wszystko, co wciągnąć może - kraina dworków i pałaców, wielkie uczucia, zdrady, zakazane namiętności, wspaniały obraz codziennego życia na prowincji, z nieodłącznymi polowaniami, balami, intrygami, podchodami i walką z zaborcą. Nietuzinkowe, mocne postacie, szczególnie Barbara Zajezierska, której syn, Tomasz, rozsierdzał mnie strasznie. Bolesne sekrety, ukrywane głębowo w sercu, bogobojność i religijność przeplatana z gusłami i czarami rodem z prastarych, pogańskich czasów, głęboki patriotyzm i układy z wrogiem, trzymanie się sztywnych zasad i uleganie chwili. Kąpiele raz w tygodniu, podkreślanie granatową farbką żył na dłoniach, by skóra wydawała sie delikatniejsza, nieznajomość własnej seksualności, podtruwania i zamachy. Zwyczajni ludzie i ich pokręcone koleje losu. Niesamowite to były czas  i chociaż piekielnie ciężkie, nieszczęśliwe - notabene mam nadzieję, że chociaż jedno małżeństwo okaże się szczęśliwe, bo jak narazie wszystkie wybrakowane jakieś, obowiązkowe i poukładane na siłę - brakuje dzisiaj tego cudownego oczekiwania na dotyk, tej nadziei, zawoalowanych spojrzeń i ukratkowych gestów, gdzie słowa potrafiły zranić okrutnie lub posłużyły by posiąść, zniewolić i zbudzić namiętność.

Słowa... Posłańcy myśli, kłamliwi zdrajcy, okrutni zabójcy spokoju dusz niewieścich. Wywołują zamęt w sercu, rumieniec na policzkach, przyspieszają oddech. Każą szeptać wyznanie za wyznaniem, ton wyniosły zmieniaja w błagalny, zasnuwają umysł woalem nierealności, wymuszają wiarę w spełnienie marzeń o miłości idealnej*2

Na pewno, mimo że jestem na diecie, zajrzę ponownie do "Cukierni pod Amorem", nie tylko by masochistycznie napawać się zapachem jagodzianek i wypić pyszną kawę, powodem jest zakończenie książki, które obudziło gdzieś w środku mordercę. Takich rzeczy nie powinno się robić.

*1 tamże, str 18

*2 tamże, str 264


19:16, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 października 2010

Naprawdę nie wiem, co można jeszcze napisać o tej książce. A napisano sporo, co zdążyłam zarejestrować.  To bardzo "moja" książka. Mój świat z domowymi ciastami, kolejkami w sklepach za papierem toaletowym, dekatyzowanymi dżinsami, jaskrawym różem i seledynowymi gumkami do włosów. Świat rowerowych wypadów, wróżenia z tablic rejestracyjnych - do tej pory łapię się na tej zabawie:) - oklejania zeszytów wycinkami z gazet, nagrywania piosenek z listy przebojów Trójki na czarnego Grundiga i przepisywania piosenek Europe fonetycznie. Świat białych kubków na szkolnej stołówce. Czasy pierwszych "zakazanych owoców". Papierosy w polach, klasowe potańcówki i powroty przed dziesiątą.

Coś niesamowitego. Chylę czoło przed autorką za ten niesamowity wehikuł czasu, z każdą przewróconą kartką, każdym nowym rozdziałem z tytułem piosenki z danego roku, rozczulałam się nad kolorowymi sznurówkami, "czeszkami", radziecką grą z wilkiem zbierającym jajka do koszyka. Plakaty na ścianach, kilka przyjaciółek w piżamach, każda z własnym zeszytem "Złotych myśli", czytająca z wypiekami na twarzy co napisał szkolny przystojniak, w którym większość się podkochiwała, zakreślając jego inicjały w serduszka na ostatnich stronach zeszytów w fioletową kratkę.

Cztery dziewczyny. Jedna klasa. Każda z etykietką. Każda z bolesnymi ranami, ukrywająca blizny głęboko pod kłamstwami i nieszczerym uśmiechem, po kolei próbujące szybko dorosnąć, zaimponować, zaistnieć. Beata to królowa, piękna, wyuzdana i bezkompromisowa sprężyna większości intryg, bezpardonowo sięgająca po najlepsze - czy to chodziło o chłopaków czy pomysły na nudę. Karolina, "ubecka" córka, wrażliwa, zakochana w szkolnym "półbogu" o oczach upadłego anioła, wierna satelita Beaty, powielająca wzorce, odważna tylko w samotności swojego pokoju. Małgosia, przy tuszy, córka badylarza, szczery rozjemca i mocne spoiwo grupy, z kochającą matką i ciepłym domem pachnącym sernikiem własnej roboty. I Aneta, na którą wszyscy mówią Wrona, wysoka, nieładna dziewczyna w okularach, odstająca od grupy jak źle dobrany kawałek układanki, religijna, zalękniona, zmagająca sie z własną seksualnością. Jedno zdarzenie, jeden telefon i nagle czerwony rower stał się symbolem tajemnicy. Sekretem, którym ktoś po dwudziestu latach burzy spokojne i ustatkowane życie przyjaciółek.

Straszna tajemnica nie jest tutaj żadną tajemnicą. Bardzo łatwo znaleźć właściwe rozwiązanie. I dla mnie nie to było powodem pochłoniecia książki w jeden dzień. Plastyczny język, prawdziwy świat nastolatek - emocjonalny, mocny, bolesny i  bezkompromisowy. Taki bardzo mój, bo to moje czasy, muzyka, ciuchy, szkoła. I to jest ogromnym plusem książki. Cudowny i wzruszający powrót do tych trudnych skądinąd czasów.

I ja też, w głębi szafy, w sporym pudełku, trzymam migawki z tamtych lat.


Update

A co tam, wstawiam jeszcze to, nie dla wokalisty broń Boże :)

czwartek, 21 października 2010

Niewielkich rozmiarów książeczka, dwa opowiadania, koszmarna okładka, drobny, jakby maszynowy druczek wołający o pomstę do nieba, dziwny papier a sprawiła mi bardzo dużo radości. Kto ma ochotę na starą, nieco anachroniczną a bardzo ciepłą i sympatyczną wyprawę w świat science-fiction, będzie zauroczony tą pozycją. Mimo jej politycznej, radzieckiej poprawności.:)

Mnie zaintrygował tytuł drugiego opowiadania, samo jego brzmienie:). Jego bohaterem jest młody pilot z wykształceniem medycznym, Sława Pawłow, który na czas urlopu postanowił trochę dorobić. Niefortunne zbiegi okoliczności, opóźnienia w przylotach statków kosmicznych, awarie, kosmiczne katastrofy zamieniają jego wolny czas w oszalały koszmar. Większą jego część spędza czekając tygodniami na promy na jakiś zapyziałych planetach w małych barach sącząc lenomiadę. I w takim maleńkim porcie przyjmuje propozycję gwiezdnego cwaniaczka zabrania kilku kontenerów z zaopatrzeniem na planetę Projekt-18. Nie bez znaczenia miała tu maleńka paczka z imieniem i nazwiskiem kobiety, która przez przypadek wypadła z torby z listami. Kobiety, którą rozpaczliwie próbuje odnaleźć. Pawłow przybywa na planetę, na której zbudowano stację naukową, zaludnioną przez biologów i geologów oraz dziwne, nieznane mu humanoinalne istoty. Stworzenia współpracują z naukowcami, badają wnętrza licznych wulkanów, sondują morkie głębiny, obserwują z powietrza zmiany powierzchni planety.

Ta planeta nie jest gorsza od wielu innych. Warunki tu nie są wprawdzie ekstremalne ale wystarczająco trudne, w sam raz na poligon. Atmosfera rozrzedzona, temperatura opada nocą do minus stu dwudziestu stopni, większa część powierzchni pokryta praoceanem. Wszystko jest jeszcze młode, nieustabilizowane. Dzięki temu możemy wypróbowywać nowe metody, poszukiwać uniwersalnych form. Możemy tez trenowac bioformantów, którym przyjdzie pracowac w prawdziwie trudnych warunkach. Słowem jesteśmy z tej naszej kałuży bardzo zadowoleni.*1

Bioformanci to właśnie te dziwne istoty, które okazują sie ludźmi zmodyfikowanymi genetycznie, zaopatrzonymi w skrzela, macki, skorupy czy w całości przekształconymi w ptaki na potrzeby pracy w nieludzkich warunkach. Szukając Mariny, Pawłow wsiąka powoli w ten zamknięty naukowy światek, oswaja się z niezwykłymi stworzeniami, pomaga, niszczy, ratuje, próbuje uciec, zażegnuje niebezpieczeństwo cały czas szukając swojej miłości. A dziewczyna, co okazuje się z czasem, unika go celowo.

"Dzikusy" to coś z zupełnie innej beczki. I bardzo się wściekłam, ponieważ, czego dowiedziałam się później, stanowią część większej powieści zatutyłowanej "Osada" a sama wymowa okazuje się być zupełnie inna. Szlag mnie trafił. A opowiadanie piękne w swej prostocie, bardzo interesująca obserwacja wyizolowanej grupy, która przeżyła wielką katastrofe i próbuje przeżyć w kompletnie obcym i bardzo niebezpiecznym środowisku. Starszyzna próbuje krzewić wiedzę, kultywować tradycje i obyczaje aby nie zapomnieć świata sprzed katastrofy, aby kulturowe i duchowe dziedzictwo nie poszło w zapomnienie. Młodzi zaś pragną za wszelką cene przeżyć na wrogiej ziemi, zahartować się, uodpornić, nie mają czasu ani ochoty chłonąć bezużyteczną w ich mnienaniu wiedzę. Według starszyzny to beznadziejny regres, dla młodych jedyne możliwe wyjście. Czy cofną się do stadium tytułowych "dzikusów"?

Polecam, życzliwa, by nie napisać poczciwa, optymistyczna i bardzo ciepła pozycja. W sam raz na zimne wieczory.

*1 tamże, str 160


poniedziałek, 18 października 2010

W końcu wiem, jak się nazywam, apogeum znika za horyzontem, wracam.

Ciężko pisać o czymś, co przez krótki acz bardzo intensywny czas miało się za ścianą. Nie w tak dramatyczny, okrutny sposób, bardziej psychiczna niż fizyczna przemoc, bardziej słyszana niż widziana. Niestety. W imię zasad, własnych lecz nadanych przez Boga można poświęcić rodzinę. I nie ma tutaj zbytniej przesady.

Bohaterką powieści jest pietnastoletnia Kambili, córka zamożnego fabrykanta, gorliwego katolika i filantropa. Hojny darczyńca, laureat nagrody Amnesty World za wkład w obronę praw człowieka w Nigerii za czasów militarnej dyktatury, stawiany za wzór przez społeczność, odważny wydawca gazety bez strachu publikujący artykuły ukazujące prawdziwe oblicze władzy. Jak kogoś takiego nie podziwiać mimo pogardy i nienawiści, jaką ojciec darzy tradycję rdzennych Nigeryjczyków, skreślając własnego rodziciela? Nie kochać mocno, głęboko, prawie iracjonalnie chociaż w domu dzierży władzę absolutną, nasyconą do granic purytańską religijnością? Który z miłością wypisuje każdego dnia ścisły i bardzo surowy plan zajęć, którego należy przestrzegać? Wspólne, długie modlitwy, wspólne posiłki, celebrowane w ciszy i skupieniu, wspólne uczestnictwo we mszy. Nie przyjmować z pokorą kar cielesnych, czy to bicia czy polewania wrzątkiem, skoro ojciec również cierpi, ale karze dla dobra i w imię Chrystusa?

Być najlepszym we wszystkim i dziękować ojcu, bo dzięki niemu, i Bogu, Kambili i jej brat Jaja mają o wiele więcej niż inni, zatem oczekuje się od nich o wiele więcej. Oczekuje doskonałości. I dąży się do niej ze wszystkich sił, z całego serca, każdego dnia, chociaż w głębi duszy rośnie cień niepewności, że coś jest nie tak, jak być powinno, tym bardziej gdy poznało się pełen śmiechu, śpiewu i zwyczajnego szczęścia dom ubogiej ciotki. Tylko ten paralizujący strach wrósł głęboko i nie pozwala na jawny sprzeciw.

Mocna pozycja. Wszystko powinno wywołać przeogromne emocje, szarpnąć wnętrznościami, zszokować, poruszyć. I tak było. Ale tak płytko, nie do końca potrafiłam wczuć się w klimat skądinąd niesamowicie nakreślonego sydromu kata i ofiary. To bardzo wyrazisty motyw w książce. Razi natomiast zbyt mocny i schematyczny kontrast między domem ojca Kambili, pustym, zimnym i twardym jak jego marmurowe posadzki a wesołą, biedną chaotycznością domu ciotki Ifeomy. I liczne wypowiedzi czy słowne wstawki w igbo, pozostawione w sferze domysłów.

Sama Nigeria przepływa gdzieś w tle, w niestabilnej sytuacji politycznej, reżimie wojskowym, cenzurze i politycznych mordach. Przesycona zapachem pomarańczy,hibiskusa i akacji, w tradycyjnych potrawach, lepkich owocach, prażącym słońcu i jarmarcznym zgiełku. Ciągłą walką o przetrwanie, ciągłą walką o godność i wolność słowa, codziennymi utarczkami z brakiem wody, prądu i benzyny. Z oszałamiającymi barwami i dziwnymi rytuałami. Świat kompletnie mi nieznany a pociągający.

Możliwe, że postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko, albo znana mi rzeczywistość była bardziej porażająca ale debiutancką powieść Nigeryjki znać należy.



21:46, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 października 2010

 

Tak w biegu, prędziutko, ogłaszam, że tego roku nagrodę otrzymał

Mario Vargas Llosa

Czas w końcu przeczytać "Ciotkę Julię i skrybę", bo teraz patrzy na mnie z wyrzutem z półki

13:29, mrsantares , nagrody
Link Komentarze (2) »