Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli
poniedziałek, 28 lutego 2011

Trochę na zachętę. Trochę się chwalimy. Czekają na swoją kolej:

"Taniec borderline" Jana Pawła Krasnodębskiego

"Uciec przed cieniem" Ewy Kopsik

"Schronienie" Jima Crace'a

"Nie opuszczaj mnie" Kazuo Ishiguro

"Dwanaście kręgów" Jurija Andruchowycza

"Zaginiona księga z Salem" Katherine Howe

Jak to ktoś zgrabnie ujął Nie jestem leniwa, mam zawyżone wymagania motywacyjne. Dopadł mnie słowny regres, jakiś wtórny analfabetyzm, nie potrafię trafnie ująć w słowa tego, co chcę napisać.

Nic na siłę, prawda? :)

niedziela, 27 lutego 2011

 

„Kiedyś potrafiłem zagłębić się w lekturze na długie godziny – dzisiaj walczę, by skupić się na kilku stronach. Czuję niemal fizycznie, jak coś wyrywa mnie z lektury: mój umysł przeskakuje z tekstu do innego strumienia informacji, nawet gdy nie ma żadnego innego strumienia informacji”*


I ja się zastanawiam, dlaczego dopada mnie takie zniechęcenie, lekka awersja to pisania o tym, co czytam. Ale walczę i mam nadzieję, że wygram.

Mocny artykuł Dukaja "Google zgwałciło nam mózgi". Polecam

 

*cyt. N. Carr

21:35, mrsantares , absurdy
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 lutego 2011

Niezmierzone, głębokie jaskinie, przyprawiające o klaustrofobiczne duszności, wilgoć, mrok i ogromne, inteligentne szczury. Po globalnej i wyniszczającej wojnie, której geneza ginie w pomrokach dziejów, ocalała ludzkość schodzi pod ziemię i próbuje za wszelką cenę przeżyć. Jaskinie stają się domem, wielkim podziemnym miastem, z pokolenia na pokolenie zatraca się pamięć o życiu na powierzchni, gdzie pozostały zgliszcza i wysokie promieniowanie. Niczym nie nauczona ludzkość powiela schemat totalitarnych rządów. Podział społeczeństwa na "czystych" i 'brudnych", bezwzględna Rada Dyrektorów rządząca podziemną społecznością, tajna policja - zbrojne ramię władzy - wychwytująca i okrutnie dławiąca wszelkie próby burzenia ustalonego porządku.

Głównym bohaterem jest rurarz Kroni. Z racji wykonywanego zawodu należy do najniższej kasty wśród "brudnych". Codziennie, w pojedynkę, z własnym zestawem narzędzi sprawdza stan sieci rur ciągnących się pod miastem. Rurarzami można gardzić i nie pozwalać im korzystać ze wspólnego basenu, ale bez nich cały świat dawno by już zginął.*1 Kroni przepycha zamulone przewody, wykrywa przecieki, łata rury, melduje o awariach.

Świat, w którym żył, został w niepamiętnych czasach rozumnie i surowo urządzony przez Boga Reda, który wyłonił się z czerwonego mroku, aby nauczyć ludzi, jak ubierać się i oświetlać sobie drogę. Bóg przekazał swój czarodziejski kaganek czystym i oni to w swej szlachetności podzielili się światłem ze swymi młodszymi braćmi. Karmili i odziewali brudnych, dawali im pracę i karali surowo, lecz sprawiedliwie, po ojcowsku. Bóg Red nauczył czystych posługiwania się pieniędzmi , a oni podzielili się tymi pieniędzmi z brudnymi braćmi. Tak był urządzony świat, taki był zawsze i taki będzie dopóty, dopóki Ognista Otchłań nie zamknie swych dzieci w przepastnym łonie.*2

Kroni, chociaż codziennie walczy z brudem wżerającym się w skórę, wilgocią i strachem przed tajemniczymi zjawami, marzy. Śni o mitycznym Mieście na Górze, gdzie sklepienie było wysokie i niebieskiej barwy. W społeczeństwie, w którym żyje, wśród kanalarzy, praczek, szczurołapów tkwi wiara, że może istnieć inne życie, na powierzchni, i istnieja sposoby aby można było odzyskać ten utracony raj. Kroni wierzy w ten obraz tak mocno, że postanawia odnaleźć zaginioną Bibliotekę i udowodnić, że Miasto na Górze nie jest tylko mglistą legendą.

Tymczasem na powierzchni zaszły nieoczekiwane zmiany...

Czy pisałam już, że jestem zauroczona pisarstwem Bułyczowa? Jeśli nie, to piszę i podkreślam wielokrotnie:). Ciepło, które płynie z kart jego książek jest niesamowite, zachwycają cudowne wizje i niebanalne pomysły, refleksyjność i powaga oraz , jak w tej powieści duża dawka ukrytego przesłania.

I śmiertelnie poważne zakończenie.

Z twórczością Bułyczowa dopiero się zapoznaję i urzeka mnie z każdą kolejną pozycją. Można doszukiwać sie politycznych przesłanek, pewnej społecznej agitacji ale ja skupiam się na ludziach, ich emocjach, ich ścieżkach wyborów i ich konsekwencjach. A "Miasto na górze" poleciła mi ysabellmoebius, za co bardzo dziękuję.

*1-2 tamże str 12


piątek, 11 lutego 2011

Na początku były wilki. Fascynujące, enigmatyczne stworzenia, posiadające w środku cząstkę mroku, kojarzące się z księżycem w pełni, wolnością, wiatrem. I własne, wewnętrze pragnienie usłyszenia ich głosów.

Później objawił się ten krótki reportaż

Zaciekawił, rozbudził mały apetyt, tym bardziej, że twórczość Nurowskiej nie była mi wcześniej znana.

Po przeczytaniu tej niedużej pozycji długo będę się zastanawiać czy sięgnąć po następną książkę tej autorki.

Piękna oprawa, uspokajająca, zielonkawa kolorystyka, piękny wilk o zimnych oczach na okładce. A w środku? Kompletna bezbarwność, przeciętność, emocjonalny chłód. Bardzo duże rozczarowanie. A materiał, temat przecież bardzo plastyczny, mocny, dający pole do niesamowitych pisarskich wyczynów.

Katarzyna, absolwentka SGGW w Warszawie rusza z plecakiem do bieszczadzkich głuszy aby zebrać materiał potrzebny jej do napisania pracy doktorskiej o dzikich przodkach udomowionych psów. W drewnianej chacie pozbawionej prądu, łazienki i innych, "miejskich" wygód, razem z dwójką obeznanych w terenie kolegów po fachu, Marcina/Kluneja i Olgierda o jastrzębiej twarzy, odkrywa niesamowity świat wilczej watahy. Szybko udowadnia, że niewygody jej niestraszne, wielogodzinne siedzenie na gałęzi nie powoduje żadnych większych nieprzyjemności, zaskarbienie zaufania wilczej rodziny nie stanowi problemu a heroiczne uwalnianie z sideł i walka z kłusownikami to chleb powszedni. Bojowość, hardość, bezpardonowa walka o to, czego pragnie, egoizm i rozbuchane przekonanie o własnej nieomylności. Aby pokreślić własną niezależność i stawianie swoich racji na świeczniku bohaterka posiada odpowiedni tatuaż na karku - Noli me tangere - Nie zatrzymuj mnie. Próby uświadamiania mieszkańców, że owczarki podhalańskie są idealnym lekiem na atakujące stada wilków i wzbudzenie ich sympatii na tyle by zyskac przydomek "Tańczącej z wilkami" nie są murem, którego nie da się przeskoczyć. Rodzące się uczucie - a jakże! - między bohaterami budzi niepewność, lęk i denerwującą nieporadność. Nie napiszę płaskość chociaż ciśnie się na usta.

Nie dowiedziałam się z książki niczego, czego wcześniej nie wiedziałam o tych pięknych zwierzętach. Dziennik, który prowadzi główna bohaterka, kojarzy się z zapiskami licealistki, nie przemawia do mnie wątły mistycyzm zakreślonej w książce więzi między Katarzyną a wilczą rodziną, którą obserwuje.

Nie przekonuje główna bohaterka, nie potrafiłabym znieść jej graniczącej z ekstremalnym fanatyzmem walki o wolność wilków i zakaz ich odstrzału.

Bieszczady to jedyne polskie góry, gdzie, z lekkim rumieńcem wstydu, nie stanęła moja stopa a opis bieszczadzkich kniei mnie nie zachęca niestety. I ta Toskania, ni przypiął ni przyłatał.

Wilki, dość nieoczekiwany koniec i poezja Mariny Cwietajewej to trochę za mało. Ot, piękna wydmuszka. Ale tego fragmentu wiersza sobie nie daruję

Uławiać móc, skroś ciżby ludzkiej męty

Twą życiodajną twarz -

Duszą, żyjącą tchnieniem twym swiętym

Jak wiatru wiewem - płaszcz*1


*1tamże str. 201



czwartek, 20 stycznia 2011

 

Wracam z wygnania, świadomego w większej części, wyleczona z nabytej w grudniu niechęci, by nie napisać nienawiści do książek -wpływ miejsca, w którym pracuję, różnych turbulencji i wszelakiej maści zakrętów życiowych. Wszystko wychodzi na prostą, sporo pozycji do zrecenzowania, a przez ten życiowy chaos ominęłam pierwszy roczek mojego blogowego pisania. Zatem życzę sobie wytrwałości i panowania nad czasem, co by go zatrzymywać raz po raz :)


A to takie małe co nieco na poczatek Nowego Roku. :))

 

20:28, mrsantares
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 listopada 2010

Poszłam na wojnę taka mała, że przez ten czas trochę urosłam.*1

Książka, która wstrząsa, chwyta za gardło i nie puszcza do ostatniej strony, pełna pasji, okrucieństwa, tragedii, obowiązku i oddania. Oddania bezgranicznego, wręcz bezmyślnego, ślepego, wyuczonego jak odruch Pawłowa - oddania ojczyźnie. Autorka, często porównywana do Oriany Fallaci, opisała w formie zbioru reportaży wojnę. Wojnę widzianą oczyma kobiet, rosyjskich, białoruskich, ukraińskich. Mężatek, matek, panienek z kokardami we włosach. Sanitariuszek, lotniczek, zwiadowczyń, czołgistek, snajperek, kobiet walczących na pierwszej linii i pracujących na tyłach, w zaopatrzeniu. O bolesnych rozstaniach, barbarzyńskich warunkach polowych, braku higieny, brudnej bieliźnie i wszach, wojennych miłościach, śmierci i oceanach krwi, śpiewie i ozdabianiu bagnetów kwiatami. Książka długo czekała na ujrzenie światła dziennego, leżąc na redakcyjnej półce. Autorka walczyła z cenzurą, oskarżana była o prymitywny naturalizm, brud wojny a przede wszystkim dyskredytację i podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej.

Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. (...) W optyce jest pojęcie "światłosilny" - zdolność obiektywu do lepszego czy gorszego utrwalenia uchwyconego obrazu. Kobieca pamięć o wojnie jest zatem najbardziej "światłosilna", jeśli chodzi o natężenie uczuć, o ból. "Kobieca" wojna jest straszniejsza niż "męska". Mężczyźni chowają się za historią, za faktami, wojna pociąga ich jako działanie i konflikt idei, interesów a kobiety wychodzą od uczucia. Umieją widzieć to, co dla mężczyzn jest zakryte. To inny świat. (...) A sednem zawsze jest to, ze tak ciężko umierać i tak nie chce się umierać. A jeszcze ciężej - zabijać, i tego jeszcze bardziej się nie chce, bo kobieta daje życie. Przynosi w darze. Długo nosi w sobie, donasza. Zrozumiałam, że kobietom trudniej przychodzi zabijanie...*2

Wspomnienia zwykłych kobiet. Tych, które przeżyły. "Wymierające plemienie". Zebrane razem, skondensowane, straszne bo prawdziwe. Pokolenie, które wierzyło, że istnieje coś więcej niż życie ludzkie. Że istnieje idea, ojczyzna i Stalin. Od dzieciństwa wpajano im, że ojczyzna to wszystko, że ojczyzny trzeba bronić. Za cenę życia. Wiele kobiet, młodych dziewczyn ledwo poznających własną kobiecość bez namysłu poszło walczyc i umierać za ojczyznę. Za pomordowanych z rodzin, za dzieci, dla Stalina. Obcięto im warkocze, wydano męskie mundury i za duże buty, dano do ręki broń, często za ciężką, za dużą i uczono jak zabijać.

Pierwsza bitwa i cudowne, idealistyczne obrazy o pogromie wroga ku chwale pryskały jak bańka mydlana. Z bólem i cierpieniem, hukiem dział, koszącym ostrzałem, chrzęstem łamanych kości i krwistoczerwoną krwią. Obrazy umierających kolegów, zabitych koleżanek, własne bohaterstwo i bezmyślność dowództwa. I rozkaz numer 227 - " Ani kroku w tył". Bo z tyłu, za nimi szły oddziały zaporowe. I strzelali do swoich. Płacz i bezsilność. Powolne tracenie kobiecości, brak menstruacji, siwe włosy, niedożywienie. I paniczny strach. I to zdziwienie na twarzach niemieckich jenców - kobiety? Przecież według radzieckiej propagandy w Armii Czerwonej nie walczyły kobiety, tylko hermafrodyci.

Powrót do domu po wygranej wojnie równie bolesny. Zwycięstwo przecież ma dwie twarze. Ta piękną, ze śpiewem, łopoczącymi flagami, szaloną radością, brzękiem medali. I tą drugą, okrutną, straszną, której nie sposób spojrzeć w oczy. Kobiety wracały, zranione, przedwcześnie dojrzałe, o chorej, starej poranionej duszy. Nikt nie potrafił zrozumieć ich świata, rodziny często odżegnywały się od własnych córek - masz jeszcze dwie młodsze siostry, dorastają. Kto je weźmie? Wszyscy wiedzą, że byłaś cztery lata na wojnie, z mężczynami...*3 . Zranione uczucia, przerwane romanse  i osobiste dramaty bo przecież bo tym wojennym brudzie, rozdeptanych buciorach i waciakach mężczyźni pragnęli czegoś pięknego. Ładnych, zmysłowych kobiet. Nagle wszystkie zasługi, ordery  i listy pochwalne nie warte były funta kłaków, siłą zamykano usta, zakazywano opowieści frontowych, odkrywania prawdy. Stopniowe przyzwyczajanie się na powrót do sukienek, obcasów, mazideł. Szukanie pracy. Koszmarne sny i nocne krzyki.  Towarzystwo frontowych weteranek. I ta bezbronność. Zafałszowany, polakierowany obraz wojennej rzeczywistości bijący z każdego podręcznika, pomnika i gazety bolał najbardziej.

Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. „Kobieca” wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…*4

Dawno tak mocno nie przeżywałam treści, jak czytając tą książkę. Straszna, okrutna, pozbawiona strerylności, prawdziwa do bólu. Organiczna. Długo ją czytałam, dawkowałam stopniowo, bo ogrom wojny jest niewyobrażalny. Według autorki, nie ma końca. Cały czas dostaje listy, zaproszenia, dzwonią telefony. Każda kropka kończąca zdanie zmienia sie w wielokropek

Modlić się tylko, by historia nie zatoczyła koła.

Obowiązkowo.

Co po nas pozostanie? Spytajcie nas, póki żyjemy. Nie wymyślajcie nas po śmierci. Spytajcie...*5

*1 tamże, str. 11

*2 tamże, str. 16

*3  tamże, str.  32

*4 tamże, str. 10

*5 tamże, str. 35

wtorek, 16 listopada 2010

Ta mikropowieść zawiera w sobie tak potężny ładunek emocji, mistrzowskiej ironii, totalnego absurdu i bezgranicznej ludzkiej głupoty, że nie sposób się od niej oderwać. I nie jest to wbrew pozorom lekkostrawna pozycja. Chociaż pozostanie lekko w cieniu "Mistrza i Małgorzaty" - brak choćby cienia kota;), pozostaje na długo w pamięci. Spędziła sen nie jednemu krytykowi, wystarczy przytoczyć kilka z wypowiedzi: " jest to pamflet, historia o tym, w jaki sposób dobry pomysł może spowodować rzeczy okropne, jeśli do jego realizacji zabierze się człowiek odważny, ale ciemny i bez wyobraźni" czy ""Fatalne jaja" to koniec drogi twórczej Bułhakowa". Albo pozwoli się na wciągnięcie bez reszty w ten zwariowany świat radzieckiej rzeczywistości albo znienawidzi, porwie książkę i spali.

Rosja po rewolucji. Świat będący karykaturą samego siebie, groźnym, męczącym i bezdusznym potworem, gdzie nawet karaluchy gdzieś przepadły, manifestując w ten sposób swój wrogi stosunek do komunizmu wojennego.*1 Głównym bohaterem jest profesor, Włodzimierz Hippatiewicz Persikow, piędziesięcioośmioletni dyrektor Moskiewskiego Instytutu Zoologii, pewny siebie i swoich zdolności, fenomenalny eurydyta , wybitny znawca zwierząt, w szczególności płazów, które ubóstwiał tak dalece, że ucieczkę własnej żony z tenorem opery zauważył długo po czasie. Życiowo upośledzony i pozbawiony drobinki fantazji. Zapalczywy, wyglądzie typowego naukowca, bezgranicznie oddany własnej pracy i eksperymentom, bez względu na koszty.

I jak to w naturze bywa, przez przypadek wynajduje rodzaj skondensowanego promienia świetlnego o czerwonej barwie. Tenże promień zdolny jest przyspieszyć rozwój zwierząt i obudzić w nich wzmożoną chęć do prokreacji. Ten wspaniały cud optyczny, o którym w błyskawicznym tempie dowiadują sie wszyscy, z najwyższą władzą łącznie, testowany w warunkach laboratoryjnych i tylko na ukochanych żabach, obudzi nadzieje wobec zarazy, która dziesiątkuje radziecki drób. Ma być cudownym lekiem, boskim remedium, po który wyciągają łapy żądni szybkich a skutecznych efektów partyjni towarzysze. Pośpiech jest zawsze złym doradcą a na skutek pomyłki zostają naświetlone jaja tropikalnych gadów z anakondą zieloną na czele.

Mocny tekst, momentami przyciężki i trudny w odbiorze, pełen zabawnych gier słownych, satyrycznych komentarzy i wyrazistych, by nie napisać oczywistych, aluzji do ówczesnej radzieckiej władzy i realiów radzieckiej rzeczywistości. A wątek przedstawiający mechanizmy działania propagandowej prasy to istny majstersztyk.

Warto o nią zahaczyć.

*1 tamże, str. 6


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14