Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli
poniedziałek, 05 listopada 2012

Uwiędły sad
Przeżegnał się szkarłatem
Liść drgnął i spadł.
Módl się do tęcz za światem!

Pożółkły klon
Mży w stawie miedzią złudną.
We własny zgon
Uwierzyć mu tak trudno! 

Bolesław Leśmian

Z poezją jestem trochę na bakier, własne interpretacje wpędzają mnie w depresyjne stany, gdzie biadolę nad "ubogością" słów, niemożnością wyrażenia tego, co czuję i przełożenia obrazów w mojej głowie na słowa. Takie banalne, proste i egzaltowane jak u nastolatki.

A dziś, w 65 rocznicę śmierci poety, szperając po półkach w księgarni znalazłam ten wiersz. I po prostu musiałam go tutaj umieścić.

 

Na niesamowitym blogu, który ostatnio poczytuję sobie bezczelnie nawet w pracy, ruszyła akcja Blogerzy bajki piszą.Wyzwanie, podobnie jak poprzednie - Blogerzy książki piszą, jeśli okaże się sukcesem a utalentowani, obdarzeni nietuzinkową i ogromną wyobraźnią blogerzy nie zawiodą, antologia ukaże się w formie e-booka na początku 2013 roku.

Po szczegóły odsyłam na zbójeckie gościńce.

17:01, mrsantares , ślady
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 października 2012

... kraju smoków, papierowych latawców i fajerwerków

Laureatem został Mo Yan          

 

Mały akcent humorystyczny ze strony portalu Sztuczne Fiołki.

13:07, mrsantares
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 października 2012

"Nie mam swojego profilu na żadnym portalu społecznościowym, ale jest to mój Face-book, książka twarzy"

Marek Bieńczyk

W pierwszą niedzielę października poznaliśmy laureata Literackiej Nagrody Nike. To Marek Bieńczyk, autor zbioru autobiograficznych esejów "Książka twarzy"

 


Nike publiczności zdobył Andrzej Franaszek za książkę "Miłosz. Biografia"


00:09, mrsantares
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 września 2012

D. Wyatt


Ja jak zawsze spóźniona i na bakier z czasem, a to przecież najpiękniejsza pora roku


Niech się wszystko odnowi, odmieni...
O jesieni, jesieni, jesieni...
Niech się nocą do głębi przeźrocza
nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nie odstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!... jesieni!... jesieni!

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
i jak trzcinę w objęciu łamało!
Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę
już się tyle rozprysło wędzideł...
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę!
Niech się wszystko odnowi, odmieni!...
O jesieni!... jesieni!... jesieni. 

Kazimiera Iłłakowiczówna

* Ewa Domarecka

19:26, mrsantares
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 czerwca 2012

Nie samym kryminałem żyje człowiek. Kto spodziewa się mrocznych , mglistych zaułków, ciemnych zakamarków, gdzie czyjąś obecność zdradzi błysk noża niech nie sięga po ten mały zbiór opowiadań. To fantastyka wsparta naukową wiedzą z początku XX wieku, lekko flirtująca ze spirytyzmem.

Książka zawiera cztery opowiadania. Dwa pierwsze łączy tytułowa Głębina Maracota, notabene nazwana na cześć jednego z głównych bohaterów i jednocześnie jej odkrywcy. Pozostałe postać znana z powieści "Zaginiony świat" - profesor Challenger. Dwa potężne umysły, uznane za geniuszy swoich czasów, których metody poznawcze były tak różne jak ich wygląd, które łączy jedno - niczym nieograniczony, egoistyczny, fanatyczny wręcz pęd do wiedzy, do badania tego co nieznane, bez względu na koszty.

Profesor Maracot, zasuszona mumia o twarzy inkwizytora, bezgranicznie oddana pracy, przy pomocy genialnego inżyniera i młodego dziennikarza postanawia zagłębić się w nowo odkrytą szczelinę w morskim dnie. Cel - dno Oceanu. Mały klub samobójców pragnie udowodnić niedowiarkom, że ciśnienie w głębinach jest neutralizowane przez nieznane jeszcze czynniki i obowiązująca doktryna o jego miażdżącej sile jest wybrakowana. To, co tam odkrywają, przechodzi ich najśmielsze oczekiwania. Odnajdują pozostałości po Atlantydzie, gdzie jej mieszkańcy adoptowali się do podwodnych warunków przy pomocy doskonałej znajomości chemii i bardzo bogatej spuściźnie przodków. Mało tego, Atlanci doskonale radzą sobie z brakiem tlenu, walczą z morskimi potworami- patrz okładka ;) i bardzo złymi istotami, o niemalże boskiej mocy a ich sposób komunikowania się z przybyszami z powierzchni jest wprost niesamowity. Konsekwencje pojawienia się trzech obcych w zamkniętym, powoli degenerującym się świecie Atlantów wywoła podobny efekt co mały kamyczek puszczony po stromym stoku.

Natomiast jowialny, bardzo bezpośredni i totalnie skupiony na sobie profesor Challenger o posturze troglodyty i bezpardonowym traktowaniu dziennikarzy analizuje odkrycie pewnego łotewskiego badacza. On to bowiem, według szerzących się pogłosek, jest wynalazcą Desintegratora, maszyny zdolnej zmienić strukturę materii. I pragnie ją sprzedać temu, kto najwięcej zapłaci. Najlepiej jakiemuś mocarstwu, który skrzętnie wykorzysta jej moc.

Mało tego, sam profesor w ostatnim opowiadaniu pragnie potwierdzić pogląd, że Ziemia, na której żyjemy, jest tak naprawdę żywym organizmem, czującym i myślącym a niezdającym sobie sprawy jakie pasożyty - to ludzkość(sic) - nosi na sobie. Profesor pragnie być pierwszym, który jej to objawi.

Urokliwa ramotka, ujawniająca nieznane mi oblicze twórcy Sherlocka Holmesa. Momentami infantylna, w naiwności swej i nagromadzeniu nieprawdopodobieństw wywołująca ból głowy i uśmieszek pogardy, ale przemycająca sporo uniwersalnych prawd, nawet jeśli cholernie oczywistych. I to nasuwające się pytanie - czy możliwym jest, że skończymy jak podwodny lud?

22:49, mrsantares , klasyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2012

Ta książka to moje osobiste odkrycie roku :) i naprawdę wstyd mi, że do tej pory miewałam ataki ślepoty przy tej pozycji, gdy szukałam czegoś do poczytania na półkach.

Powieść ta, napisana przeszło 100 lat temu, jest pierwszą częścią "Trylogii Księżycowej", której autora uważa się za jednego z prekursorów polskiej fantastyki naukowej.

Pewnego dnia w jednym z dzienników w K... pojawił się krótki artykuł o szaleńczej wyprawie, która to blisko pięćdziesiąt lat temu budziła nadzieję o odkryciu raju po drugiej stronie srebrnego globu i zajmowała umysły większości ludzi. Autor artykułu, pomniejszy asystent w obserwatorium astronomicznym, twierdził, że jest w posiadaniu rzetelnych wiadomości o losie pięciu uczestników wystrzelonych pół wieku temu na Księżyc. Znalazł bowiem żelazną kulę, wziętą początkowo za meteoryt, zawierającą w środku kilkanaście zwęglonych na brzegach kartek. Okazały się dziennikiem ilustrującym tą straceńczą wyprawę przez Jana Koreckiego, członka wyprawy, z którego majątku sfinalizowano część kosztów przedsięwzięcia.

"Lunatycy", jak tą piątkę opętanych Vernerowską wizją ludzi nazywano, dobrze wyćwiczeni, zaprawieni w ekstremalnych, skrajnych temperaturach, zostali wystrzeleni u wybrzeży Kongo w sam środek tarczy Księżyca. 

Księżyc nie jest światem gościnnym, śmiałkowie zamknięci w żelaznym wozie, od samego początku wyprawy naznaczeni śmiercią, śpieszą odkryć nowy świat po niezbadanej, ciemnej stronie Srebrnego Globu. Przedzierają się przez potężne masywy górskie, głębokie przepaście i rozpadliny, walczą z potwornym mrozem nocą a niewyobrażalnymi upałami w dzień, brakiem powierza i własnymi słabościami.

                 Odosobnienie, samotność, dojmująca tęsknota i szaleńcze pragnienie przeżycia za wszelką cenę budzą najgorsze cechy. Na małej przestrzeni wagonu, który na wiele miesięcy staje się jedynym znanym "światem", między czwórką mężczyzn i jedną kobietą panuje duszna atmosfera, przesycona zmysłowością, buzują emocje, uczucia i zwierzęce pragnienia i mordercza rywalizacja.

Spieszą na biegun, na drugą stronę, chorobliwie pragnąc choć na chwilę pooddychać pełną piersią, dotknąć czegoś żywego, odnaleźć namiastkę Ziemi, która góruje nad nimi wzmagając tęsknotę i wściekłość.

I znajdują swój mały raj po ciemnej stronie, zakładają nową społeczność, ale widmo spotkanych wcześniej tajemniczych ruin, które doprowadziły jednego z uczestników do szaleństwa, a także odkrycie dziwnych kości po drugiej stronie budzi wątpliwości czy aby na pewno są pierwszymi rozumnymi istotami na tej obcej ziemi. 


Genialna, niesamowita książka. Cudowny język, choć momentami zbyt barokowy, ale jakże piękny sam w sobie. Bohaterowie, ich uczucie, emocje, zachowania, tak fenomenalnie oddający i współgrający z atmosferą Księżyca, obmalowaną w czerni i bieli, pustą i martwą. Wspaniałe studium psychologiczne, momentami przeszarżowane ale budzące gorzką refleksję nad ludzką odpowiedzialnością, przerażające w swej "prawdopodobności". Bez zbędnego fizycznego erotyzmu i wulgarności, tak widocznie potrzebnych w dzisiejszych czasach w większości powieści spod sztandaru science fiction. Oczywiście, nie mam nic przeciwko erotyzmowi jako takiemu, ale wyuzdana, biologiczna seksualność, ocierająca się wręcz o pornografię zaczyna mnie irytować.Ta niezwykła wyobraźnia, która tak mnie fascynuje u pisarzy przełomu wieków, pełna nieprawdopodobnych, bajkowych wydarzeń a jednocześnie poparta solidnymi, naukowymi podstawami, o czym świadczy załączona przez autora mapka Srebrnego Globu.

Wspaniała, wysmakowana, elegancka językowo książka.

Zdjęcia pochodzą z filmu pod tym samym tytułem, reżyserowanym przez wnuka pisarza, Andrzeja Żuławskiego. Film - nieziszczone marzenie, niedokończony, fragmentaryczny, kręcony przez blisko 10 lat. Nie oglądałam niestety, ale z liczne recenzje zgadzają się w jednym - z biegiem lat obroniła się się tylko scenografia i kostiumy.

22:39, mrsantares , klasyka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 czerwca 2012

Ciężko pisać o tej książce. Naprawdę.

Sięgnęłam po nią z czystej ciekawości co takiego zawiera w sobie, jaką treść, jakie przesłanie, że rok w rok stanowi ewenement w ilości sprzedawanych egzemplarzy u nas, szczególnie w okresie przedświątecznym. Wolna byłam od jakichkolwiek opinii o niej, jakichkolwiek sądów, podpuszczana tylko perfidnie przez rodziców, którzy w przerwach między meczami również ją czytali ale nie rozmawiali na jej temat. Do czasu oczywiście.

Przeczytałam. Trudno wyrazić to co czułam. Na płaszczyźnie emocjonalnej przeżyłam prawie pełny wachlarz uczuć, bardzo intensywnych. Od zachwytu, poprzez zniechęcenie, nudę i rozczarowanie łącznie z niecenzuralnymi wyrazami aż po "wyłączenie" wszystkiego i z raczej  z poczucia obowiązku dobrnięcie do końca. Momentami dziecięco prosta, infantylna wręcz i powierzchowna. Uprzedzam jednak - to nie jest zła książka. Absolutnie. Momentami urzeka, chwyta za serce, potrafi potrzeć głębiej do wnętrza niż by się chciało. I pozwoliło. Ale po kolei.

Mackenzie Allen Phillips, dla przyjaciół Mack, to niczym specjalnym się nie wyróżniający niepozorny, lekko łysiejący mężczyzna po pięćdziesiątce. Ma lekką nadwagę, sprzedaje jakieś bliżej niezidentyfikowane nowoczesne gadżety, ma kochająca żonę i pięcioro dzieci. Nan, "zaprawa" rodziny, jak nazywa swoją żonę Mack, spełnia się jako  pielęgniarka opiekująca się terminalnymi pacjentami onkologicznymi. Dwoje dzieci opuściło już dom rodzinny, dwójka chodzi do szkoły średniej a najmłodsza, Missy, jest maskotką rodziny. Mackowi, pomimo traumatycznego dzieciństwa, udało się stworzyć szczęśliwą, kochającą rodzinę.

Podczas długiego weekendu, ostatnim podrygiem lata Mac postanawia wyruszyć na wielką wyprawę nad jezioro Wallowa. Zabiera trójkę najmłodszych i wyładowanym vanem i przyczepą z namiotem pędzą ku przygodzie. I ostatniego dnia serce Macka otrzymuje potężny cios. Missy zostaje porwana i zamordowana w zrujnowanej chacie gdzieś na pustkowiach Oregonu. Nic już nie jest takie jak dawniej. Każdy kolejny dzień nasycony jest rozpaczą, gniewem, poczuciem winy i bezsilności. Więzi między rodziną nikną, usychają, każdy zamyka się we własnym świecie, Wielki Smutek zatruwa myśli.

Aż pewnego dnia, po czterech latach podczas lodowej burzy Mak znajduje w skrzynce dziwny list od Boga, który zaprasza go na weekend do chaty, tej w której zginęła Missy. Mack nie informując żony pożyczonym od przyjaciele jeepem jedzie na pustkowie, by rzucić Bogu bezpośrednio w twarz cały swój rozdzierający serce ból, żal i wściekłość za to, że nie zapobiegł tragedii.

I w odmienionej chacie, w sielskim, wręcz pocztówkowym otoczeniu przechodzi swoistą przemianę, wkracza na "duchową drogę". Zmaga się z z samym sobą, z ogromną stratą, pustką i dotkliwym smutkiem. Nie jest osamotniony w wewnętrznej walce, pomaga mu Bóg, do którego mówi Tato, Jezus oraz Sarayu - Duch Święty. Poprzez trudne rozmowy, ciężkie pytania, skargi, oskarżenia i wylewane żale Mack dokonuje swoistego "zmartwychwstania". Nadchodzi oczyszczenie duszy z dojmującego cierpienia, duchowe uwolnienie.

Prosty język, proste przesłanie, uniwersalne zasady i próba ukazania Boga , Jego istoty i Jego działania. Nie dowiedziałam  się niczego z tej pozycji, czego wcześniej nie znałam, że tak brutalnie napiszę. Niektóre oczywistości wywoływały niechęć, niektóre odrzucały, inne utwierdzały w tym co wiem. Momentami przypominało to przesłodzony, lukrowaty, pełen nasyconych kolorów obrazek z gazetek wyznawców Jehowy - nie obrażam tutaj nikogo, broń Boże. I nie chodzi tu o niby rewolucyjne ujęcie Trójcy - Bóg jako jowialna murzynka, karząca do siebie mówić Tato, Jezus - niezbyt przystojny Hebrajczyk w roboczych ciuchach czy Duch Święty pod postacią Azjatki. Poprawność polityczna czy chęć zerwania z "gandalfowskim" wizerunkiem Boga z kościelnych obrazów? Dla kogoś może być szokująca i takie podejście uzna za zbyt nowatorskie i wydumane.

Wizja Boga jako największego przyjaciela, jego bezgraniczna miłość, jaką obdarza człowieka, jego bliskość w każdym aspekcie życia ludzkiego zderza się z wizją srogiego, posągowego, starotestamentowego sędziego. Miłość to główny temat rozmów, we wszystkich możliwych odcieniach, poruszana kwestia zła, i wybaczenie, tak trudne a tak potrzebne. Bo jak można wybaczyć komuś, kto zabił ukochane dziecko? I żyć dalej nie czując bólu po stracie drogiej osoby?

Komuś, kto stracił kogoś bliskiego może ta pozycja przynieść ulgę i pomóc, ktoś może uznać ją za zbyt "egzotyczną" lub odebrać jako fantastyczną bajkę z morałem. Nas - mnie i rodziców - pobudziła do bardzo emocjonalnych rozmów, szczególnie w kwestii przebaczenia ale nie wniosła nic rewolucyjnego.

17:01, mrsantares , odhaczone
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14