Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli
czwartek, 15 kwietnia 2010

Na tak specyficzny czas, jaki teraz nastąpił, wbrew ogólnemu smutkowi i przygnębieniu, postanowiłam otaczać się dobrymi, pozytywnymi rzeczami, bo , mimo bardzo ciekawych czasów w jakich przyszło nam żyć, wszystko idzie do przodu.

A ta niewielka książeczka jest wprost idealna, pisana w formie dramatu, przenosi w rozbrajająco prosty światek prowansalskiej prowincji, tak małej, że wszyscy tu wszystkich znają, wiedzą o sobie wszystko. I jak to przeważnie bywa panują tu wzajemne ciche wojny, trwające od tak dawna, że "dziadkowie nie wiedzieli dlaczego, bo to jeszcze dawniejsza sprawa". Gdzie cień wiązu lub nieodpowiedni tytuł prenumerowanej gazety prowadzi do ostrych sąsiedzkich sporów. Życie w górskiej wiosce toczy się leniwym nurtem a jedynym zmartwieniem mieszkańców jest brak świeżego pieczywa. Ponieważ piekarz zginął śmiercią samobójczą, wszyscy zmuszeni są do kupowania chleba w odległym miasteczku. Przybycie nowego piekarza wraz z młodą i piękną żoną to bez mała święto. Piekarz obdarzony wspaniałym kulinarnym kunsztem od razu zjednuje sobie mieszkańców. Wszystko toczy się harmonijnym rytmem, wybijanym przez kościelne dzwony i zapach pieczonych bochenków. Szczęśliwie i sielsko, do czasu aż piękna żona ucieka z młodym, przystojnym pasterzem. Zrozpaczony i zdradzony na oczach całej społeczności piekarz gasi piec i postanawia nie upiec już ani jednego chleba. Czyn ten dla mieszkańców to małe trzęsienie ziemi i postanawiają odłożyć na bok wszelkie niesnaski i zjednoczyć siły w odnalezieniu niewiernej piekarzowej.

Cudowna opowieść o bezgranicznej, bezwarunkowej miłości i przebaczeniu. Jej siła tkwi w prostocie przekazywania uniwersalnych prawd, tak oczywistych, że wręcz banalnych i traktowanych po macoszemu. Sama okładka autorstwa J. J. Sempe, ilustratora przygód Mikołajka wprost kusi i zachęca do przejrzenia treści. Podczas czytania prawie czuć zapach świeżych, chrupiących bochenków. Szczerze polecam


sobota, 10 kwietnia 2010

Zwłoki to nasi superbohaterowie: niestraszny im ogień, potrafią znieść upadki z wysokich budynków i czołowe zderzenia ze ścianą. Mozna do nich strzelać, przejechac im po nogach motorówką - to ich nie rusza. Można bez szkody usuwać im głowy. Są w stanie być w sześciu miejscach naraz.(...) Śmierć ... nie musi być nudna.

Mary Roach to dziennikarka specjalizująca się w bardzo osobliwych tematach. Ukazały się trzy książki jej autorstwa, ja zdecydowałam, pojęcia nie mam co mnie pokusiło, na pozycję dotyczącą "pośmiertnych przygód naszych ciał" i, wbrew dziwacznych, momentami szokująco-obrzydliwych osiągnięciach ludzkich zwłok, książka na długo zagości w mojej głowie.

Autorka, w bardzo skrupulatny, dociekliwy a jednoczeście lekki i nie przekraczający granicy "taniej sensacji", wprowadza czytelnika w świat ludzkich zwłok. A świat to bardzo bogaty - zwłoki, oprócz poddawaniu wszelakim eksperymentom medycznym, transplantologii, pobierania organów czy służąc za pomoc anatomiczną na uczelnianych stołach, znajdują zatrudnienie w armii - testy na wytrzymałość kamizelek, naboi i siły uderzenia oraz jej wpływu na ludzkie ciało. Służą jako manekiny w testach zderzeniowych i wytrzymałościowych związanych z wypadkami samochodowymi. Odpoczywają na tzw. trupich farmach, gdzie badany jest postęp ich rozkładu pomocny później w kryminalistyce. Poświęcają się dla dobra medycyny, anatomii i, co mnie zszokowało, zatrudnienie znajdują również w przemyśle kosmetycznym - wygładzanie zmarszczek czy powiększanie penisów.

Pierwsze rozdziały czytałam jak powieść kryminalną, co jakiś czas czytając na głos fragmenty i upewniając się czy dobrze zrozumiałam. Rozdział poświęcony XIX-wiecznej medycynie nie bez kozery zatytułowany został - Zbrodnie anatomii. Pierwszy z góry przykład:

"... sir Astley wydrapywał imiona kolegów lekarzy na pomalowanych farbą kawałkach kości, a następnie zmuszał laboratoryjne psy do połknięcia ich, tak że kiedy wyciągał kość podczas sekcji psa, litery wyglądały jak wyżłobione bo niepomalowana część kości została rozpuszczona przez kwasy żołądkowe. Wyroby te wręczano w charakterze zabawnych prezentów."

 

Roach odwiedza laboratoria, krematoria, kostnice i zakłady pogrzebowe. Porusza wiele drażliwych tematów - rozkład ciała, "utylizacja" zwłok, ekologiczne pogrzeby, śmierć ciała a śmierć mózgu. Jest dosadna, skrupulatna, męcząco konkretna i chociaż momentami drażniły mnie jej kulinarne porównania, pisze z dużym wyczuciem  i swoistym poczuciem humoru. Wplata zaskakujące informacje, naprawdę zabawne przypisy i mrowie ciekawostek.

" Co ciekawe, w kulturze egipskiej, którą najbardziej kojarzyłabym z bawełnianymi kuleczkami, nie używano słynnej egipskiej bawełny do wypychania wyschniętych oczu. Starożytni Egicjanie wkładali tam cebulkę perłową. Cebulkę. Jeśli ktoś miałby mi wpakować któryś z kulistych dodatków do martini, to wolałabym oliwki."

Człowiek może również zakończyć swój żywot jako zmelifikowany cukierek, serwowany na arabskich XII-wiecznych bazarach. To po prostu martwe szczątki przesycone miodem. Tacy osobnicy sami zgłaszali chęć posłużenia jako "zmumifikowane cukierki". Odżywiali się tylko miodem, kąpali w miodzie i nim krzepili. Po śmierci, przez okolo 100 lat zamarynowani w miodzie, po otwarciu z pozostałości formowano rzeczone zdrowotne cukierki. Obrzydliwość pochodząca z drastycznego rozdziału poświęconemu kanibalizmowi, krwi, czaszkach, skórze i ekstremantach. Przebogaty wachlarz wykorzystania ludzkiego ciała i jego wydzielin w medycynie i to nie tak dawno. Silne nerwy i mocny żołądek wskazane.

Nieapetyczny temat w ujęciu Roach ujął mnie swoją różnorodnością. Polecam, chociaż momentami bywa makabrycznie czy wręcz zbyt nużąco, jak to określił mój brat. A wizja siebie po śmierci w postaci rododendrona nie przestaje mnie zastanawiać.

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Bardzo długo zabierałam się do przeczytania tej "młodzieńczej" książki Zafona. Bo lekkim rozczarowaniu "Grą Anioła" kilka razy zaczynałam i po kilku kartkach odkładałam na półkę. Powoli dojrzewałam, ona i ja, aby w końcu, na czas Świąt, zanurzyć się w mroczny świat Barcelony.

Nastoletni Oskar, samotny wychowanek szkoły prowadzonej przez zakonników, uwielbiający spacery po starych, prawie zapomianych uliczkach Barcelony, pełnej podupadających pałacyków, zauroczony dźwiękami muzyki zakrada się do jednego z nich. Tak poznaje Marinę i jej ojca oraz kota Kafkę. Zauroczony nowo poznaną tajemniczą dziewczyną staje się stałym gościem w ich pozbawionym prądu pałacyku. Pewnego dnia Marina prowadzi go na zapomniany cmentarz, gdzie postanawiają śledzić tajemniczą kobietę w czerni. To początek niezwykłego śledztwa, odkrywania niebezpiecznego świata barcelońskich podziemi, dzięki nowo poznanym ludziom powoli odsłaniają sekrety historii wielkiej namiętności, tragicznej, naznaczonej dziwną chorobą i potwornymi eksperymentami.

Dziwna to książka. Niezbyt skomplikowana fabuła, zbiegi okoliczności momentami wręcz nieprawdobodobne, za szybko, za wtórnie. Ale wciągnęła mnie to tego stopnia, że przeczytałam w jeden dzień, kończąć ze sporym uczuciem niedosytu, czując momentami dreszczyk grozy. Miasto zatopione we mgle, dziwni ludzie, dziwne istoty, zapomniany teatr, cmentarz, niesamowity klimat tajemnicy i mrok kryjący nienazwane niebezpieczeństwo . Zafon potrafi zauroczyć. Niezwykły obraz Barcelony z jego książek uzależnia. Naprawdę.

czwartek, 25 lutego 2010

"Widzisz, kochanie, jeśli nie będziesz się uczyć, zostaniesz kasjerką, jak ta pani". Bardzo byłam ciekawa tej pozycji. Może dlatego, że świat supermarketów, oglądany z tamtej strony kasy jest mi dobrze znany. Polskich supermarketów, nie francuskich ale oba są bardzo zbliżone o ile nie identyczne. Sporym zaskoczeniem dla mnie jest sama forma książki - to rodzaj swoistego poradnika dla kasjerek, wróć, "hostess kas".

Autorka, z dyplomem uniwersyteckim z literatury, przez osiem lat pracowała jako kasjerka. I nie z wyboru, po prostu aby przeżyc. Wiele osób dzisiaj chowa ambicję do kieszeni i "bierze co dają", bo dyplom nie jest żadnym gwarantem wymarzonej pracy. Anna ma bystre oko, zmysł obserwacyjny i dowcipnie, z dystansem potrafi skomentować często nieprzyjemne czy wręcz wulgarne zachowania klientów, postępujących w myśl zasady - klient ma zawsze rację. A kasjerka? Ma być zawsze uśmiechnięta, szybka, "otwarta" i miec mocny pęcherz. Stanowić wręcz niewidzialne, ruchome półautomatyczne wyposażenie sklepowe z nieodłącznym 'Dzień dobry!, bliip.., bliip.., bliip.., Czy ma Pan/Pani drobne? Do widzenia". Jak w pewnej batonikowej reklamie. A kasjerka też człowiek, zmęczony, z przysługującymi trzema minutami przerwy na godzinę, wykonujący nieszanowaną odmóżdżającą, flustrującą, bo na kliencie nie można pod żadnym pozorem słownie przyłożyć, niestety, pracę.

Książka, którą czyta się naprawdę szybko. Dowcip podszyty gorzką refleksją nad niedowartościowującą i niewdzięczną pracą w rządzącym sie swoistymi prawami supermarkecie. Inteligentna obserwacja i krytyka. Od czasu mojego krótkiego epizodu z kasą staram się mieć zawsze drobne przy płaceniu a na pewno uśmiech.

środa, 24 lutego 2010

Książka polecona przez znajomego, lubującego się w rozmaitej maści teoriach spiskowych. "Ty lubisz Bliski Wschód, muezinów, pustynie i tamtejsze sekty religijne, spodoba Ci się". Cóż, przeczytałam.

Czegóż tu nie ma! Brytyjski dziennikarz amerykańskiego pochodzenia wraz z ponętną pania archeolog o wybitnym umyśle, wśród gorących piasków próbują odsłonić sekret jednego z największych odkryć archeologicznych ostatnich lat - Gobekli Tepe we wschodniej Turcji. Niepomni na mnożące się niebezpieczeństwa, napięcia kurdyjsko-tureckie i wrogość tajemniczych jazydów próbują wyjaśnić dlaczego ten wspaniały obiekt świątynny został celowo zasypany. Równolegle w Anglii szalony psychopata, odpowiedzialny za serię coraz brutalniejszych zabójstw wzorowanych na rytualnych ofiarach z ludzi z wielu dawnych kultur, próbuje ukryc tytułowy sekret. Śledztwo ociera się o irlandzki odłam osiemnastowiecznego klubu Hellfire a tropy nieuchronnie zazębiają się ze kamienną świątynią na tureckiej pustyni.

Moją uwagę najbardziej przykuł aspekt archeologiczny książki. Odkrycie w Tyreckim Kurdystanie wspaniałego komleksu świątynnego, Gobekli Tepe, zwanego Brzuchatym Wzgórzem. Badania radiowęglowe wskazują, że megality liczą sobie dwanascie tysięcy lat. Ponieważ nie znaleziono żadnych stałych osad ludzkich w pobliżu uznano, że kamienny kompleks pełnił funcję religijną. Jak ludzkość łowiecko-zbieracka mogła wybudowac coś tak spektakularnego? I, co o wiele ciekawsze i bardziej dziwniejsze, dlaczego po przeszło dwóch tysiącach lat światynia została zasypana. Z rozmysłem. A ludzie zaczęli uprawiać ziemię. Zachwyciła mnie ekscytująca spekulacja odnośnie tej świątyni, stawiająca w zupełnie innym świetle biblijny Eden, jego bolesną utratę i początek naszej cywilizacji.

Sama książka mnie nie zachwyciła. Początek obiecujący a im dalej w las coraz bardziej zagmatwana i jakby na siłę próbująca dopasować klocki do układanki a eskalacja okrucieństwem budziła we mnie wręcz niesmak i obrzydzenie. A wykorzystanie po raz kolejny, do znudzenia, frapującego fragmentu Biblii zaczyna mnie drażnić. Nie ujmuję jednak autorowi sprawnego pióra, talentu i umiejętnego wykorzystania najnowszych odkryć, archeologicznych i religijnych, opierających się na faktach, choćby Melek-Taus czy kult aniołów. Solidny thriller.

10:30, mrsantares , odhaczone
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010

Oskara Wilda nie trzeba przedstawiać. Znany przede wszystkim z powieści "Portret Doriana Graya" oraz setek aforyzmów i  sentencji, którymi nasycał swoje dzieła.

Zachwycona mrocznym, dusznym klimatem "Portretu" sięgnęłam po niewielką książeczkę "Upiora rodu Canterville'ów" i wpadłam. Dawno nie czytałam tak "inteligentnej zabawy z konwecją".

Tomik zawiera dwa opowiadania - "Zbrodnia lorda Artura Savile" i tytułowego "Upiora". W pierwszym "drogą do szczęścia i warunkiem życiowego spełnienia okazuje się zbrodnia", w drugim "duch starego zamczyska, za sprawą przeraźliwego racjonalizmu jego mieszkańców, ze straszącego zamienia się w straszonego".

O ile "Zbrodnia" bardziej ubawiła mnie sardonicznym obrazem klas wyższych końca XIX wieku niż makbetowskim motywem przewodnim to opowiadanie tytułowe stanowi koncertowy popis przekornej, bardzo inteligentnej zabawy z mocno już oklepanymi schematami gotyckiej powieści. Całą duszą byłam za dręczonym przez amerykańską rodzinę upiorem, która ze swoim bezlitosnym racjonalizmem niszczy jego autorytet, np. "smarem wschodzącego słońca" do naoliwienia łańcuchów. Tylko jedna rzecz mnie uwierała - problem umęczonego upiora. Przy całym mistrzowskim warsztacie Wilda, cudnym wymieszaniu grozy i czarnego humoru to jedno mnie lekko zdezorientowało.

Autor pisze barwnie, ostrym piórem, inteligentnie żongluje słowami, po prostu klasa. Jedyny mankament to rozmiar książeczki- przy dobrych wiatrach mozna ja przeczytać jadąc z jednego końca miasta na drugi w godzinach szczytu.

10:19, mrsantares , klasyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 stycznia 2010

jędza w domuNic tak nie powinno zmobilizować do czytania jak długie zwolnienie. Mnóstwo wolnego czasu, cisza w domu, spokój. Nic z tego. Za żadne skarby nie mogłam się skupic dłużej niż kilkanaście stron a i tak zapominałam co czytałam wcześniej.

Po książkę "Jędza w domu czyli co 26 kobiet mysli o seksie, samotności, pracy, macierzyństwie i małżeństwie" sięgnęłam zachęcona pozytywną opinią Krystyny Jandy i peanów zachwytu wielu moich znajomych obojga płci.

To zbiór historii różnych osób na temat własnych życiowych doświadczeń, wyborów życiowych i wynikłych z nich konsekwencji. Każda opowieść inna, ale łączy je niesamowita momentami intymność poruszanych spraw. Szczerze opisują konfrontację własnych marzeń i oczekiwań z rzeczywistością, czego spodziewały sie po partnerach, o narastającej flustracji z racji niemożności połączenia wszystkich aspektów życia w jedną spójną całość. O ogromnej potrzebie miłości, lękach, wychowaniu dzieci i tworzeniu idealnego domu przy jednoczesnej próbie realizacji własnych zawodowych ambicji.

Specyficzna to książka. Ot, niby mocno babska tematyka, jak z pisma dla pań a czytając ją zastanawiałam sie nad własnym życiem. Dostarcza wielu emocji, większość opowiadań jest boleśnie prawdziwa. Dotykająca intymności momentami wręcz brutalnie choć niektóre z nich ocierają się o tzw. hallmarkowość.Opowiadania bardziej przypominają zwierzenia przyjaciólek przy kawie niż poważne felietony tak jak zamierzała autorka.

Rozczarowała mnie jednak trochę. Może dlatego, że piszącymi kobietami są Amerykanki, notabene z wykształcenia dziennikarki, redaktorki, pisarki i spodziewałam sie małych perełek literackich a niektóre historie podczas czytania zlewały sie w jedną całość. Jednak polecam bo potrafi uświadomić wiele zdawałoby sie oczywistych prawd, można w nich odnaleźć swoje własne doświadczenia lub znaleźc ukojenie wynikające z podobnych wyborów życiowych. Jak wiele czasem wymaga odwagi by zmienić swoje życie paląc za sobą mosty, jak z pozoru błahe zdarzenie wywołuje lawinę wywracające życie na lewa stronę. I jak mocno prawdziwe jest powiedzenie - "po co kupowac krowę, skoro można mieć mleko za darmo".

Poluję teraz na "męski" odpowiednik - "Drań na kanapie".