Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Księgarnia internetowa
Lubię czytać
Kontakt - mrsantares@o2.pl
Poczytuję
Włóczkowije - rękodzieło
Wszystkie zamieszczone wpisy są mojego autorstwa, kilka fotografii również zatem wykorzystywanie ich w całości, fragmentach i jakiejkolwiek innej formie bez mojej zgody zabronione
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam
Zaliczone w 2010
Zaliczone w 2011
Zaliczone w 2012
Spis moli
środa, 09 czerwca 2010

Momentami aż ciężko uwierzyć :), odsyłam tutaj

Chociaż tłumaczenia pozostawiają wiele do życzenia...

12:37, mrsantares , absurdy
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 czerwca 2010

Na widok okładki i przeczytawszy opis z tyłu moja połowa stwierdziła - To się będzie na niewiasta chędożyć na prawo i lewo. I jest w tym trochę prawdy. Zresztą, która kobieta nie uległaby młodemu, wysokiemu Szkotowi o niepokojącej urodzie, miedzianozłotych włosach i błękitnych oczach? Ale po kolei.

Claire Randall, pielęgniarka w brytyjskim wojsku, po długiej separacji wywołanej drugą wojną światową, spędza wraz z mężem kolejny miesiąc miodowy w Szkocji. Frank łączy przyjemność z badaniem własnego drzewa genealogicznego, sięgającego XVIII wieku, razem włóczą się po malowniczych terenach i poznają siebie na nowo. Podczas jednej z wycieczek trafiają na kamienny krąg na wzgórzu. Claire, zaintrygowana pewną tajemniczą rośliną wraca na Craing na Dun, przekracza krąg i zostaje przeniesiona w czasie do roku 1743. Jak bardzo niebezpieczne to czasy przekonuje się prawie natychmiast. Uratowana z rąk brutalnego kapitana angielskich dragonów, notabene odległego przodka jej męża, przez szkocki klan MacKenzich, próbuje odnaleźć się w tym niezrozumiałym dla niej świecie, pełnym zdrad, spisków, przesądów i wojen klanowych. Wykorzystując swoje pielęgniarskie zdolności zyskuje w oczach szkockich górali i poznaje Jamiego Frasera, wyjętego spod prawa młodego Szkota, który powoli zawładnie jej sercem i zmysłami. Mimo rodzącej się silnej, namiętnej więzi między sobą a Jamiem, Claire cały czas jest zdeterminowana by powrócić do kręgu i męża. Prowadzi to do wielu zaskakujących, momentami dość brutalnych zdarzeń, pragnienia nie śpią i w głowie Claire rodzi się dylemat - powrót do męża czy silne ramiona młodego Szkota.

Nie potrafię sklasyfikować tej powieści. Romans z elementami powieści łotrzykowsko - historycznej z domieszką czarów i fantastyki? Wszystkiego w niej po trochu, podane w bardzo wciągającej formie. Można zarwać noc, naprawdę.

Autorka dobrze przygotowała historyczne tło powieści, postacie głównych bohaterów pełnokrwiste, wielowymiarowe, dialogi prowadzone żywym, barwnym językiem podszytym lekką ironią, bawi niesamowity humor sytuacyjny. Brutalność  osiemnastowieczna, połączona z bardzo drobiazgowym i skrupulatnym opisem zwyczajów panujących w klanowej szkockiej społeczności, od ubrań po legendy i zabobony,dało mocną i intrygującą mieszankę.

Mogłabym sie przyczepić do kilku nieścisłości, wszechobecnej przytłaczającej męskiej fizyczności ;), budząca we mnie nieodparte skojarzenia z "Rob Royem" czy obrazami z "Walecznego serca" ale ja tak mam. Irytowała mnie momentami dziwna przypadłość Claire to wpadania w seksualne tarapaty ale jej próby poradzenia sobie w tym jakże obcym świecie podane są w bardzo wiarygodny sposób a romans nie ociera się o kicz. Na szczęście. Idealna na zimę :)- mroźne wieczory a tu taka ognista namiętność - dobrze napisana powieść. I powstaje oczywiście ekranizacja. A może już powstała? Rachel Weisz jako Claire? Jamie z twarzą Gerarda Butlera?

16:44, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 maja 2010

Kiedy człowiek budzi się w ciele mrówki, istnieje tylko jedna normalna reakcja - nie może w to uwierzyć.

Zachwycił, co piszę, ZAINTRYGOWAŁ niesamowicie opis z tyłu książki, tak absurdalny, że nie mogłam się oprzeć.

Początek rozczarował. Główna bohaterka, Kim Lange, świadoma swoich walorów - spryt, brak skrupułów, przebojowość, cielesność - mknąca jak pocisk prezenterka telewizyjna, irytowała mnie straszliwie. Jej bezwzględność w dążeniu do celu, dosłownie i w przenośni po trupach kolegów z branży, skrajny egoizm, chroniczny brak czasu dla najbliższych, dla córki , dla męża. I kompletny brak jakichkolwiek przejawów sumienia, a jeśli już, to bardzo szybko usprawiedliwionych. Rodzina w jej hierarchii priorytetów zajmowała odległe miejsce. Jej będące w zaniku relacje z córką otwierały mi momentami nóż w kieszeni. I taka lala wyjeżdża w dniu urodzin jedynej córki na wielką galę, gdzie w jej ręce być może wpadnie nagroda dla najlepszego prezentera programów typu talkshow. I zaczynają się schody. Wspaniala kreacja od Versacego, zamówiona specjalnie na tą okazję odnajduje się w Monte Carlo, przysłana omyłkowo toaleta jest przyciasna, zwierzęcy magnetyzm konkurenta nie pozwala jasno myśleć i powoduje sporo duchowych rozterek, które kończy w spektakularny sposób umywalka z rosyjskiej stacji kosmicznej.

Nie dane jest Kim spoczywać w spokoju. Odradza się w ciele mrówki i dopiero wtedy, przyglądając się swojej rodzinie , dociera do niej ogrom jej życiowych błędów i niegodziwości. Odradzać się będzie wiele razy, jako świnka morska, cielak, nawet dżdżownica, za każdym razem starając się naprawić swoje poprzednie, ludzkie życie, przeżywając po drodze mnóstwo niestworzonych przygód i cały czas pragnąc odzyskać swoją rodzinę.

Kilka razy miałam ochotę odłożyć tą książkę. Naprawdę. Czytałam, czytałam i cały czas zadawałam sobie pytanie - czym się tu zachwycać? Pomysł bardzo wyjątkowy, czyta się bardzo dobrze bo pióro autor ma lekkie i z wigorem ale...  aż nagle pojawił się Casanova ( Giacomo Girolamo Casanova, ten prawdziwy, niepowtarzalny uwodziciel) w swoim sto pięćdziesiątym wcieleniu i wpadłam. Jego dygresje w formie pamiętników w odnośnikach doprowadzały mnie do łez ze śmiechu. A sama książka zyskała i to bardzo. I nie tylko dzięki postaci weneckiego rozpustnika. Kolejne wcielenia Kim przenoszą ją nie tylko na kolejne poziomy hierarchii ale nakłaniają do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę ważne jest w życiu. Kariera czy dotyk dłoni męża? Blask fleszy czy przytulenie dziecka? Żądza czy miłość?

Wbrew absurdalnym przygodom czy specyficznemu humorowi mądra to książka. Ale nie spełniła do końca moich oczekiwań. Może po prostu trafiła do mnie nie w ten czas, co trzeba, albo miałam zbyt wygórowane oczekiwania.


00:30, mrsantares , odhaczone
Link Komentarze (4) »
czwartek, 27 maja 2010

Debiutancka powieść Imogen Robertson kojarzy mi się z elegancją filiżanką z angielskiej porcelany. Wyrafinowana prostota, subtelność, delikatne złocenia, pozorna kruchość. A im bardziej się przyglądam tym bardziej coś mnie zaczyna niepokoić. Pod światło zauważam drobną siatkę pęknięć, dostrzegam uszczerbione uszko, nierówny brzeg. Tak, jak osiemnastowieczna Anglia, gdzie toczy się akcja powieści, epoka wyszukanej etykiety, sztywnych manier, wytwornej elegancji jednocześnie pełna hipokryzji, wyrafinowanych zbrodni, fałszu i obłudy. To czasy, kiedy słuchało się nie tylko słów, ale i tego, co pomiędzy nimi, tego, co się za nimi kryje.

Hrabstwo Sussex, wspaniała, bogata posiadłość Thornleigh Hall skrywająca w swoich murach mroczne tajemnice potężnego, arystokratycznego rodu. Budzący swego czasu postrach wśród okolicznych mieszkańców lord Thornleigh powoli umiera, wyniszczony przez nieubłaganą demencję. Opiekę nad nim sprawuje druga żona, była tancerka i "gwiazda" Londynu. Lord wydziedziczył pierworodnego syna, po którym ślad zaginął, drugi okaleczony syn pije i żyje jak włóczęga, w alkoholu szukając zapomnienia po okropieństwach wojny w Ameryce.

Właścicielka majątku sąsiadującego z Thornleigh Tall, Harriet Westerman znajduje w swoim zagajniku zwłoki tajemniczego mężczyzny i wraz z anatomem Gabrielem Crowtherem próbują rozwikłać zagadkową smierć, tym bardziej, że przy zwłokach znaleziono pierścień należący do zaginionego syna lorda Thornleiga, Aleksandra. Równocześnie w Londynie zasztyletowany zostaje szanowany właściciel sklepiku muzycznego osierocając dwójkę dzieci. Oba wątki powoli się zazębiają, przeplatane retrospekcjami młodszego syna lorda, Hugha, z czasów jego pobytu w Ameryce.

Intryga, choc dla wprawnego umysłu niezbyt skomplikowana, wciąga, trzyma w niepewności, przekręca i lawiruje by dojść do tragicznego finału. Urzekają główne postacie, Harriet to "żywe serce" tej książki, zdolna i dociekliwa, obdarzona namiętną naturą, ujmuje szczerością i bezpośredniością, rzetelnie pełniąca nadzór nad majątkiem pod nieobecność męża. Gabriel, to człowiek oddany nauce, cichy, spokojny, wyobcowany ekscentryk, próbujący przechytrzyć własną przeszłość. Nie sposób nie polubić choć trochę tej pary. Ich wzajemne relacje są rdzeniem powieści. Oprócz nich w książce przewija się wręcz cała gama różnorakich postaci, ze wszystkich warstw społecznych, służących, sklepikarzy, sędziów, włóczęgów, wszelkiej maści typów spod ciemnej gwiazdy, arystokratów i mieszczan. Wszystko podane na mocnym, historycznym tle.

Książkę czyta się naprawdę szybko, lekko i niezwykle przyjemnie, autorka zręcznie otwiera poszczególne drzwi do kolejnych wydarzeń, nie epatując zbędnym okrucieństwem czy brutalnością, wciaga klimat osiemnastowiecznej Anglii. I nie rażą drobne niedogodności. Jak drobne rysy na eleganckiej filiżance. Bo gdy rozkoszujemy się wspaniałą herbatą naczynie schodzi na dalszy plan.

Ot, prawdziwa radość czytania.


niedziela, 23 maja 2010

... obudzisz Matkę Ryżu. - Kogo? - Dawczynię Życia. Na Bali jej duch żyje w kuklach uplecionych z wiązek ryżu. Z drewnianego tronu w rodzinnym spichlerzu strzeże obfitych plonów, które dzięki niej zebrano na ryżowiskach. Jest tak święta, że grzesznikom nie wolno przed nią stanąć i uszczknąć choćby jednego ziarenka z jej figurki. (...) W tym domu matką ryżu jest twoja babka. Jest strażniczką snów. (...) Siedzi na drewnianym tronie i w silnych rękach trzyma wszystkie nasze nadzieje i marzenia, małe i duże, twoje i moje.*1

Lakszmi, kobieta-pajęczyca, założycielka rodu, o umyśle i naturze tygrysicy, silna i niezłomna stanowi centrum tej niesamowitej opowieści o niezwykłej rodzinie, której początki sięgają trzydziestych lat XX wieku. Wtedy to czternastoletnia Lakszmi zostaje podstępem wyswatana za sporo starszego mężczyznę, wdowca i wyjeżdża na Malaje. Marzenia o królewskim życiu pryskają na widok skromnego majątku męża jednak Lakszmi się nie poddaje. Rozpoczyna ciężką walkę o godne życie. Ali, mąż Lakszmi to człowiek pełen dobroci, życiowo niezaradny ale darzący żonę prawdziwą miłością i przywiązaniem. Przychodzą na świat dzieci, nadchodzi wojna i okupacja japońska. Okrucieństwo, rodzinne tragedie, nieszczęścia nie załamują Lakszmi, obdarzonej niespożytą energią. Pragnie udanego a przede wszystkich szczęśliwego życia dla swoich dzieci. Los jednak jej nie oszczędza.

Powieść pisana w formie wspomnień, swoistych spowiedzi poszczególnych członków rodziny, które otwierają coraz to nowe szkatułki pełne wzajemnych pretenzji, żalu, nieudanych związków, utraconych nadziei, skrywanych uczuć, bólu, samotności, gdzie raz po raz połyskują maleńkie klejnociki szczęścia.

Przeraża ogrom nieszczęść spływających jak wodospad na tą niezwykłą rodzinę. Ali, kochający do samego końca Lakszmi, nie doczeka się tych kilku słów miłości o której tak marzy. Mohini, zjawiskowa piękność o szmaragdowych oczach, której tragedia kładzie się długim cieniem na wiele pokoleń. Lakszmana, oddający się hazardowi, nie umiejący poradzic sobie z ogromnym poczuciem winy. Sevenese, błazen tańczący nad przepaścią, obdarzony niezwykłym darem. Anna i Lalita, cienie starszej pięknej siostry, pragnące w życiu tylko szczęścia, niekochany i brzydki Dżejan. Niesamowity i okrutny los Mui Tsai, przyjaciółki Lakszmi. Każda z postaci pełnokrwista, charyzmatyczna, napiętnowana.

Powieść mnie uwiodła. To coś więcej niż tylko wciągająca epopeja rodzinna. To niesamowity koktajl pełen tajemnic, nieznanych mi smaków, zapachu egzotycznych przypraw, owoców i jaśminu. Cudowny splot magii i realizmu, pełen tradycyjnego folkloru i związanej z nim bogatej, barwnej, malezyjskiej symboliki. To świat obcy, niebezpieczny ale jakze wciągający. Zaklinacze węży, malunki z chny, wróżbici, których przepowiednie determinują wybory życiowe bohaterów, symbolika sennych wizji, kapłani, nauka poprzez przebogate baśnie, dziwne obrządki i owoce durian. Do samego końca czekałam czy "śpiew bambusa" pozwoli któremuś z bohaterów wspiąć się najwyżej i zdobyć nawiększe gniazdo.

I kilka cytatów :)

Nadmierna uroda jest przekleństwem. Szczęście nie chce spać w jednym łóżku z pięknem.*2

..niewolnicy wrzucali gościom do srebrnych kielichów ametysty, bo po grecku amethystos znaczy "niepijany"*3

Przeszłość jest jak bezręki, beznogi kaleka z chytrymi oczami, mściwym językiem i pamięcią jak u słonia.*4

W świetle dnia nawet najgorszy demon wygląda głupio i śmiesznie, ale o zmroku olbrzymieje*5


x1 tamże, str. 317

x2 tamże, str. 66

x3 tamże, str. 132

x4 tamże, str. 228

x5 tamże, str. 462

piątek, 21 maja 2010

Ileż to już takich małych, uroczych,toskańskich miasteczek jak Santo Fico przewijało się na kartach powieści. Miasteczek położonych gdzieś na uboczu, blisko morza, do których prowadzi serpentyna górskiej drogi, z niewielkim rynkiem z nieodzowną nieczynną fontanną w kształcie cherubinka przechylającego dzbanek. Miasteczek, gdzie wszyscy o sobie wiedzą prawie wszystko, nie martwią się o przyszłość bo " mają lepsze rzeczy do robienia" - kieliszek wina z przyjacielem w chłodny wieczór, partyjka domino na werandzie, obserwowanie chmur, ploteczki. Czas w takich miejscach płynie leniwie, powoli, powietrze przesycone zapachem bazyli, czosnku, oregano i dojrzałych pomidorów.

Do takiego właśnie miasteczka wraca po osiemnastu latach Leo Pizzola, "poobijany" życiowo marnotrawny obywatel aby zdecydować o losie rodzinnego majątku. Leo to jeden z czwórki przyjaciół, którym, kiedy byli dziećmi, udało się otworzyć na chwilę Santo Fico na świat, dzięki ubarwionej opowieści o Cudzie i Tajemnicy miasteczka. Oraz poprzestawianiu kilku znaków drogowych. Dzięki Leo, Frankowi, Marcie i Topo Santo Fico na jedno lato stało się nie lada atrakcją turystyczną. Wszystko przekreśliła wizyta urzędnika państwowego, miasteczko znowu pogrążyło się w lekkiej apatii a zgrana dotąd paczka przyjaciół powoli oddalała się od siebie. Noc przed ślubem Marty i Franka przypieczętowała tragicznie rozpad nierozłącznej czwórki.

Leo powrócił, a w raz nim nowy silny prąd, który poruszył, w przenośni i dosłownie, dawno ustalony, senny tryb życia mieszkańców. Odżywają dawne uczucia i antypatie, gorycz i poczucie winy. Każdy z mieszkańców ma jakiś wstydliwy sekret, niezagojone rany, niespokojne sumienie. Ksiądz Elio, gnący się pod ciężarem grzechu, o którym nawet boi się pomyśleć, owdowiała, doświadczona przez los Marta, matka dwóch córek, zgorzchniała i zrezygnowana, Topo zamkniety w sobie wielbiciel starych, szpulowych filmów, spragniony uczuć mechanik samochodowy.

Przypadkowy przyjazd autobusu z angielskimi turystami wywołuje istną lawinę zdarzeń. Leo wraz z Topo znów spróbują dokonac "cudu" aby ożywic miasteczko i trochę się wzbogacić. Ta chęć czynienia rzeczy nieziemskich i oczekiwanie na cuda zmieni wszystko.

Nie spodziewałam się takiej cudownej uczty. Naprawdę. Wszystko jakby juz gdzieś było a jednak urzekła mnie ta prosta historia, nasycona pieknymi obrazami, mnóstwem wydarzeń, momentami wręcz nieprawdopodonych, charyzmatycznymi bohaterami. Tak wiele małych tajemnic w tym zapomnianym miasteczku. Każdy mieszkaniec ma swój epizodyczny wkład w rozwój zdarzeń, czy to bogobojna Anna Gamboni czekająca na zaginionego męża czy staruszek z psem przesiadujący przy fontannie. Twórcze próby stworzenia boskiego cudu ludzką ręką tchną lekkością i humorem. Romantyczne momenty graniczą wręcz z atmosferą i obrazami "brazylijskiej telenoweli". I broń Boże to żaden zarzut. Wspaniała, ciepła książka o przyjaźni, miłości, Bogu i tych prostych rzeczach, które gdzieś nam umykają. I o tym, jak czasami niewiele potrzeba, by poczuć się szczęśliwym.


wtorek, 18 maja 2010

Z tym panem to miałam chyba podobne dzieciństwo.:) Ilekroć sięgam po książki jego autorstwa, zawsze coś nieuchwytnego, zakorzenionego gdzies głęboko, zadrga pod skórą.

"Księga cmentarna" rozpoczyna się mocnym akcentem. Trójka z czteroosobowej rodziny zostale brutalnie zamordowana. Z życiem uchodzi jedynie ponad roczny maluch, posiadający skłonności do wędrówek. Wymyka się mordercy i raczkując dociera na pobliski cmentarz. Tamtejsze wiekowe duchy ratują go przed podążającym jego śladem zabójcą i po burzliwych debatach i wstawiennictwu Szarej Pani, państwo Owens adoptują malca. Obdarzają Nika - skrót od Nikt, Swobodą Cmentarza a tajemniczy Silas zostaje jego opiekunem. Maluch zadomawia się na starym cmentarzu otoczony życzliwością mieszkańców. Dorasta , poznaje ciekawych lokatorów nekropoli, przeżywa niesamowite przygody a przede wszystkim uczy się żyć w duchowej społeczności i nabywa wiele ciekawych umiejętności, które okażą sie bardzo przydatne gdy na drodze Nika znów stanie przeszłość.

Książka, mimo, że przeznaczona dla młodszych czytelników, była miłą odskocznią. Gaiman cudownie łączy rzeczywistośc i magię, miesza tajemniczość, grozę i humor nie popadając w przesadne moralizatorstwo. Chociaż końcówka... ale nie będę się czepiać bo to musi być książka z morałem. Klimat momentami lovecraftowski, jak z baśni Grimmów. Czyta się szybko, uśmiecha często, lekki dreszczyk również obecny. I choć wolę wywrócone na lewą stronę baśniowe  i ludowe mity, zawarte w opowiadaniach Gaimana, książka ma u mnie duzy plus. I znowu okazało się, że mam słabość do tajemniczych, mrocznych, wysokich postaci... :)