Dobra książka to rodzaj alkoholu - też idzie do głowy
Spis moli
Blog > Komentarze do wpisu

"Chata". William P. Young

Ciężko pisać o tej książce. Naprawdę.

Sięgnęłam po nią z czystej ciekawości co takiego zawiera w sobie, jaką treść, jakie przesłanie, że rok w rok stanowi ewenement w ilości sprzedawanych egzemplarzy u nas, szczególnie w okresie przedświątecznym. Wolna byłam od jakichkolwiek opinii o niej, jakichkolwiek sądów, podpuszczana tylko perfidnie przez rodziców, którzy w przerwach między meczami również ją czytali ale nie rozmawiali na jej temat. Do czasu oczywiście.

Przeczytałam. Trudno wyrazić to co czułam. Na płaszczyźnie emocjonalnej przeżyłam prawie pełny wachlarz uczuć, bardzo intensywnych. Od zachwytu, poprzez zniechęcenie, nudę i rozczarowanie łącznie z niecenzuralnymi wyrazami aż po "wyłączenie" wszystkiego i z raczej  z poczucia obowiązku dobrnięcie do końca. Momentami dziecięco prosta, infantylna wręcz i powierzchowna. Uprzedzam jednak - to nie jest zła książka. Absolutnie. Momentami urzeka, chwyta za serce, potrafi potrzeć głębiej do wnętrza niż by się chciało. I pozwoliło. Ale po kolei.

Mackenzie Allen Phillips, dla przyjaciół Mack, to niczym specjalnym się nie wyróżniający niepozorny, lekko łysiejący mężczyzna po pięćdziesiątce. Ma lekką nadwagę, sprzedaje jakieś bliżej niezidentyfikowane nowoczesne gadżety, ma kochająca żonę i pięcioro dzieci. Nan, "zaprawa" rodziny, jak nazywa swoją żonę Mack, spełnia się jako  pielęgniarka opiekująca się terminalnymi pacjentami onkologicznymi. Dwoje dzieci opuściło już dom rodzinny, dwójka chodzi do szkoły średniej a najmłodsza, Missy, jest maskotką rodziny. Mackowi, pomimo traumatycznego dzieciństwa, udało się stworzyć szczęśliwą, kochającą rodzinę.

Podczas długiego weekendu, ostatnim podrygiem lata Mac postanawia wyruszyć na wielką wyprawę nad jezioro Wallowa. Zabiera trójkę najmłodszych i wyładowanym vanem i przyczepą z namiotem pędzą ku przygodzie. I ostatniego dnia serce Macka otrzymuje potężny cios. Missy zostaje porwana i zamordowana w zrujnowanej chacie gdzieś na pustkowiach Oregonu. Nic już nie jest takie jak dawniej. Każdy kolejny dzień nasycony jest rozpaczą, gniewem, poczuciem winy i bezsilności. Więzi między rodziną nikną, usychają, każdy zamyka się we własnym świecie, Wielki Smutek zatruwa myśli.

Aż pewnego dnia, po czterech latach podczas lodowej burzy Mak znajduje w skrzynce dziwny list od Boga, który zaprasza go na weekend do chaty, tej w której zginęła Missy. Mack nie informując żony pożyczonym od przyjaciele jeepem jedzie na pustkowie, by rzucić Bogu bezpośrednio w twarz cały swój rozdzierający serce ból, żal i wściekłość za to, że nie zapobiegł tragedii.

I w odmienionej chacie, w sielskim, wręcz pocztówkowym otoczeniu przechodzi swoistą przemianę, wkracza na "duchową drogę". Zmaga się z z samym sobą, z ogromną stratą, pustką i dotkliwym smutkiem. Nie jest osamotniony w wewnętrznej walce, pomaga mu Bóg, do którego mówi Tato, Jezus oraz Sarayu - Duch Święty. Poprzez trudne rozmowy, ciężkie pytania, skargi, oskarżenia i wylewane żale Mack dokonuje swoistego "zmartwychwstania". Nadchodzi oczyszczenie duszy z dojmującego cierpienia, duchowe uwolnienie.

Prosty język, proste przesłanie, uniwersalne zasady i próba ukazania Boga , Jego istoty i Jego działania. Nie dowiedziałam  się niczego z tej pozycji, czego wcześniej nie znałam, że tak brutalnie napiszę. Niektóre oczywistości wywoływały niechęć, niektóre odrzucały, inne utwierdzały w tym co wiem. Momentami przypominało to przesłodzony, lukrowaty, pełen nasyconych kolorów obrazek z gazetek wyznawców Jehowy - nie obrażam tutaj nikogo, broń Boże. I nie chodzi tu o niby rewolucyjne ujęcie Trójcy - Bóg jako jowialna murzynka, karząca do siebie mówić Tato, Jezus - niezbyt przystojny Hebrajczyk w roboczych ciuchach czy Duch Święty pod postacią Azjatki. Poprawność polityczna czy chęć zerwania z "gandalfowskim" wizerunkiem Boga z kościelnych obrazów? Dla kogoś może być szokująca i takie podejście uzna za zbyt nowatorskie i wydumane.

Wizja Boga jako największego przyjaciela, jego bezgraniczna miłość, jaką obdarza człowieka, jego bliskość w każdym aspekcie życia ludzkiego zderza się z wizją srogiego, posągowego, starotestamentowego sędziego. Miłość to główny temat rozmów, we wszystkich możliwych odcieniach, poruszana kwestia zła, i wybaczenie, tak trudne a tak potrzebne. Bo jak można wybaczyć komuś, kto zabił ukochane dziecko? I żyć dalej nie czując bólu po stracie drogiej osoby?

Komuś, kto stracił kogoś bliskiego może ta pozycja przynieść ulgę i pomóc, ktoś może uznać ją za zbyt "egzotyczną" lub odebrać jako fantastyczną bajkę z morałem. Nas - mnie i rodziców - pobudziła do bardzo emocjonalnych rozmów, szczególnie w kwestii przebaczenia ale nie wniosła nic rewolucyjnego.

czwartek, 14 czerwca 2012, mrsantares

Polecane wpisy